11 maja 2014

Jak propagować… myślenie za siebie?

Kiedyś byłam aktywnym użytkownikiem deviantArta, portalu gdzie swoje prace umieszczali ludzie kreatywni maści wszelakiej, od pisarzy i animatorów po grafików i fotografów. Poziom niektórych prac był przerażająco wręcz wysoki, ale podczas mojej nieobecności, którą wypełniło mi zwiedzanie europejskich lunaparków, jaskrawo przypomniała mi się jedna, prostacka wręcz: na białym tle, otoczony symbolicznymi grafikami kilku staromodnych żarówek z zawijasem wolframu w środku (a każda była wykonana metodą kopiuj-wklej, miała tylko inny kolor) był na czarno otoczony napis wykonany najprostszym sylabariuszem japońskim, hiraganą, głoszący „OMOU”. Znaczy to „myśleć”, z tym że przez specyfikę japońskiej koniugacji ten jeden wyraz odpowiada czasownikowi myśleć zarówno w czasie teraźniejszym jak i przyszłym niedokonanym (myślę, będę myślał…), we wszystkich osobach (ja, my, on…) – łącznie 18 polskich form. Sztuka plakatu minimalistycznego. Chociaż, o ile pamiętam, praca zatytułowana była po angielsku „Think!”, a nie była to forma rozkazująca.

Zaraz kiedy przywołałam z pamięci tę pracę, naszła mnie odwieczna życiowa frustracja: myślenia można nauczyć, ale jak je propagować?

image
Myślałam o tym w dalekich landach

Kahneman, noblista, wraz z Tverskym, opublikowali wiele wyników badań, które zgrabnie można podsumować założeniem o dwóch systemach myślenia: pierwszy jest szybki i instynktowny, a drugi wolniejszy i logiczny. Granie na pierwszym do perfekcji opanowały media – od reklamy po polityczną demagogię. W nurt wpadły systemy operacyjne wszelakich urządzeń technicznych, od pralek przez komputery po smartwatche. W branży mówi się często, że urządzenia muszą być w tej chwili idiotproof, idiotoodporne, a więc blender nie tylko nie może pozwolić swym rozmiarem zmielić nam ręki, ale i ma tylko jeden duży przycisk lub przełącznik, żeby na pewno było wiadomo jak go włączyć. W tym wszystkim, stoi czasem (mam nadzieję, że znacznie częściej niż mi się wydaje) człowiek i wspomina cytat z Hemingwaya „Szczęście wśród ludzi inteligentnych, to rzecz najrzadsza z najrzadszych„.

Dorzućmy do tego takie rzeczy jak „Ciekawość to pierwszy stopień do piekła” czy pasaż z „Krainy Chichów” Carrolla, który przypomina nam  by nie zadawać pytań, bo tylko wzbudzimy ich więcej, i po co? Wkrótce z przerażeniem odkryjemy czemu ludzie inteligentni i racjonalni są nieszczęśliwi – to nie wiedza nas przygnębia („Niewiedza jest błogosławieństwem”..? Wolne żarty!), ale społeczne napiętnowanie racjonalizmu i wysiłku związanego z używaniem systemu drugiego.

Najpierw rodzice każą nam się nie mądrować, nie pyskować (niektórym rodzicom zostaje to na całe życie), w szkole nauczyciele być może doceniają nasze wysiłki i ciekawość, ale współplemieńcy wyzywają od dziobaków i kujonów. Potem przeskakujemy na określenia typu geek czy nerd, a w końcu wykształciuch, z którymi albo możemy się zidentyfikować i być z nich dumnym, albo przegraliśmy w życie.

Nie lansujemy wzorców spokojnej, rzeczowej dyskusji, co najwyżej tytulaturę. Powiem wam w sekrecie, że tak jak wśród nauczycieli, księży i pediatrów znajdą się pedofile – bo pedofile są w każdej grupie społecznej, nawet tej wysokiego zaufania społecznego – tak wśród doktorów i profesorów znajdą się debile. I to oni są chętniej oglądani, bo tytułem zasłaniają swoją intelektualną nieporadność. Ile razy w tym miesiącu słyszeliście wypowiedzi prof. Pawłowicz, a ile prof. Stanosz? Ile wypowiedzi o gender z ust prof. Oko, a ile z człowieka, który się tym zajmuje zawodowo, prof. Kochanowskiego? Czy logiczny wywód jest tak trudny do prześledzenia z przerwami na reklamy? A może wyobraźnia ogranicza nasz świat do jednego, słusznego poglądu na świat – naszego własnego?

Kiedy miałam 13 lat, nie widziałam różnicy między logiką a logistyką, nie rozumiałam na czym polega pluralizm… chociaż byłam inteligentnym dzieckiem, jakiś splot okoliczności sprawił, że zamiast iść w piwo i demolowanie dóbr wspólnych, jakże powszechne na moim blokowisku, poszłam za dręczącym poczuciem niewiedzy i potrzebą analizy.

Mam wciąż bardzo dużą potrzebę oświecenia w tym temacie, możecie mi pomóc? Jak sądzicie, czy można powstrzymać galopujący spadek użycia systemu drugiego – logiki i refleksji? Czy jest sens? Czy wycofanie religii ze szkół i zastąpienie jej filozofią albo retoryką coś pomoże? Czy współczesne media mogą lansować slogany typu „Nie czytasz, nie idę z Tobą do łóźka”? Co robić? Co każde z nas może zrobić? Jak pokazać, że bezrefleksyjność działa tylko na naszą niekorzyść, bo człowiek bezrefleksyjny jest zewnątrzsterowalny? Że myślenie za siebie nie sprawia, że stajesz się anarchistą bez wartości? Podzielcie się swoją refleksją poniżej, ale także tą notką na twitterze, facebooku czy gdzie się udzielacie – głosy w tej dyskusji są dla mnie szalenie ważne. Dziękuję.