Reforma edukacji: jak zrobić to dobrze?

Dla czytelników opowiadających się silnie za lewicą lub prawicą mam dwie wiadomości: jedną dobrą, drugą zaś złą – ale która jest która, to już każdy musi zadecydować sam. Otóż zgadzam się z PiS-em, że polski system edukacji wymagał reformy. To raz. A dwa? Nie „o take reforme” mi chodziło.

Chciałabym Deformę uczynić Reformą poprzez zastanowienie się na głos nad długą listą kluczowych pytań. Chętnych zapraszam do dyskusji.

Kto i co zyskuje na sprawnym systemie edukacji?

Zmiana systemowa nie zachodzi oczywiście w wyizolowanym systemie. Wydaje się, że w wypadku reformy edukacji możemy wydzielić cztery grupy bezpośrednio zainteresowanych:

  • uczniowie, którym umożliwia się zdobycie niezbędnych wiadomości i umiejętności wraz z zapewnieniem im maksymalnego rozwoju ich własnego potencjału;
  • rodzice, którzy muszą mieć przekonanie, że ich dziecko jest bezpieczne, ich wkład finansowy nie idzie na marne, a ponadto, że wspólnie z systemem edukacji wychowują i kształcą młodego człowieka lepiej, niż gdyby robili to samodzielnie;
  • nauczyciele, potrzebujący stabilności i wsparcia, chcący dobrze zarabiać, realizując jednocześnie swoją misję lub powołanie przy dostępie do środków pozwalających im kształcić w sposób ciekawy i angażujący;
  • państwo (w tym siły polityczne), które oczekują na gotowy „produkt” edukacji, to znaczy samodzielnych, szczęśliwych obywateli, chcących angażować się w rozwój kulturalny, technologiczny i gospodarczy własnego państwa w szerszym kontekście światowym.

 

Jak planować reformę edukacji?

System edukacji publicznej to ogromna machina i nie działają na nią mechanizmy znane ze start-upów; crowdfunding nie jest tu dobrowolny, tak samo jak partycypacja w systemie. Nie można też wypuścić na rynek niegotowego produktu i dokładać do niego z biegiem czasu nowych funkcjonalności, by przeprowadzać na grupach konsumentów testy A/B.

Potrzebny jest zatem czas. Przyjmijmy, że optymalny czas na zaplanowanie i stopniowe wdrożenie reformy to okres ok. 5 lat, przy czym sama faza planowania i konsultacji trwa mniej więcej rok, a w roku ostatnim coś zaczyna się dopiero zmieniać w placówkach.

Podobnie jak niezdrowo jest schudnąć 10 kg w tydzień czy jak trudno nauczyć się mówić płynnie po mandaryńsku w miesiąc, tak niedobrze jest próbować kompletnie zmienić w rok system, któremu podlega obecnie ok. 5 milionów uczniów i uczennic (źródło).

Co dokładnie zmienić, trzeba ocenić gremialnie, zatem przy założeniu, że żyjemy w państwie obywatelskim – rozpocząć kilka rund konsultacji społecznych wraz z późniejszymi komisjami odpowiedzialnymi za plan nauczania na poszczególnych etapach kształcenia. Do takich konsultacji politycy w pierwszym rzędzie muszą zaprosić naukowców, metodyków oraz samych pedagogów. To te grupy posiadają wystarczający autorytet, by określać cele i potrzeby edukacyjno-wychowawcze. Kolejna fala konsultacji to uczelnie, ekonomiści i przedsiębiorcy, którzy zgłaszają specyficzne potrzeby rynku pracy, ale też oceniają zdolność budżetu państwa do wprowadzenia postulowanych zmian. Ostatnią zaś grupą powinny być instytucje kulturalne, NGO działające w obszarze edukacji, przedstawiciele alternatywnych metod kształcenia (np. szkół demokratycznych czy edukacji domowej) oraz sami uczniowie. Ich postulaty i pomysły mogą przyczynić się do zwiększenia komfortu i różnorodności ofert szkolnych, które w pluralizmie muszą pozostawać otwartą, dopuszczalną opcją.

Tak, wśród wymienionych grup nie ma przedstawicieli rodziców.

Uważam, że rodzice nie powinni mieć wpływu na program nauczania, które zatwierdzą autorytety naukowe i specjaliści od metodyki. Nie możemy dopuścić do głosu ani tych, którzy domagają się wyrzucenia z programu biologii nauczania teorii ewolucji, ani tych, którzy chcą iPada dla każdego dziecka, ani tych, którzy celebrują wkuwanie przez dzieci treści encyklik papieskich, ani tych, którzy przy każdej postaci historycznej czy twórcy domagają się oznaczenia ich orientacji psychoseksualnej. Nie chcę jednak uciszać rodziców w kwestii fizycznych i psychicznych predyspozycji czy zapotrzebowań ich dzieci. Każda mama i każdy tata musi być pewien, że ich dziecko dostanie się do szkoły nawet na wózku, że ich pociecha zje ciepły obiad w stołówce, będąc cukrzykiem czy bezglutenowcem, lub że zapozna się z modelami osób godnych naśladowania, niezależnie od jego cech fizycznych, psychicznych czy światopoglądowych. Młody człowiek z afazją czy niedosłuchem otrzyma wsparcie osobistego opiekuna na etapie, w którym będzie zagubiony. Inne potrzeby będą miały dzieci uchodźców i imigrantów, inne – mniejszości religijnych, a jeszcze inne – z rodzin żyjących na skraju ubóstwa. Wszystkim tym rodzicom na szczeblu lokalnym lub placówkowym należy zapewnić mechanizmy oferujące ich dzieciom adekwatne wsparcie i możliwość nonkonformizmu, jeśli dostosowanie się do norm ogółu miałoby być dla dziecka szkodliwe.

Komu politycy powinni oddać pałeczkę po skończeniu etapu planowania?

Nauczycielom. I to tym, którzy jeszcze nauczycielami nawet nie są. Już wyjaśniam.

Od drugiego do czwartego roku wprowadzania reformy jest czas na stworzenie adekwatnych podstaw programowych, a następnie dopracowanych materiałów. Ale przede wszystkim – na stworzenie kompetentnej kadry. Ponieważ nawet najdoskonalsze materiały i najlepiej opracowane informacje nie dotrą do uczniów, jeśli nie będzie miał ich kto przekazać.

System kształcenia pedagogów zdecydowanie nie nadąża za zmianami w samym systemie.

Ostatnio dochodzi już nawet do tak kuriozalnych sytuacji, że z nowymi wymogami w tym samym czasie zapoznaje się zarówno sam pedagog, jak i jego podopieczni. W efekcie otrzymujemy reformy na papierze oraz młodzież nieprzygotowaną do państwowych egzaminów (do zagadnienia egzaminów jeszcze wrócę).

Studentów pedagogiki natychmiast trzeba objąć skrzydłami reformy, chociażby po to, żeby osiągnąć pożądaną liczbę nauczycieli wprowadzanych przedmiotów: w polskich szkołach od lat na przykład istnieje deficyt edukatorów mogących prowadzić zajęcia z wychowania do życia w rodzinie, zatrudnia się zatem na ten etat wszystkich, od wuefistów po katechetki (źródło).

Nauczycieli już pracujących, niezależnie od stopnia, należy od razu poinformować, jakie zmiany (i w jakim horyzoncie czasowym) będą dotyczyły ich placówek i nauczanych przedmiotów. Doskonałym rozwiązaniem byłby tu kurs online, który udostępniono by pracownikom wszystkich placówek. MEN i OKE powinny też zapewnić wsparcie specjalistów, którzy odwiedziliby wszystkie szkoły, by udzielić dodatkowego merytorycznego wsparcia. Kluczowe też wydają się umiejętności miękkie, szkolenie z których nie zostało zapewnione wszystkim studentom pedagogiki ani praktykantom, nie mówiąc o niektórych nauczycielach starej daty. Każdy pracujący z uczniami mentor powinien być pewien, że potrafi skorzystać nie tylko z Librusa (systemu dzienników cyfrowych) i projektora szkolnego, ale też z technologicznych nowinek typu VR czy podręczniki interaktywne. Ponadto musi umieć przekazać wiedzę nie tylko w formie podawczej, która stanowić ma jedno z wielu dostępnych narzędzi pracy, ale nigdy nie jedyne.

Jak podzielić etapy edukacyjne?

W gruncie rzeczy – najlepiej wcale. Ważne jest natomiast, w jakich latach życia dziecka obowiązuje ustawowy obowiązek szkolny. Działać należy w myśl zasady, że im wcześniej, tym lepiej. Jesteśmy z naszym wymysłem siedmioletnich pierwszoklasistów w ogonie Europy (źródło), a i w porównaniu z resztą cywilizowanego świata to dość późno.

Dużo młodsze dzieci są już gotowe na szkołę, ale to szkoła często nie jest gotowa na nie.

Bynajmniej nie chodzi tu o dostosowanie budynków architektonicznie, chociaż to oczywiste, że potrzeba niżej ustawionych umywalek i mniejszych krzesełek. Wracamy jednak do poprzedniego punktu – to kadra i podstawa programowa nie jest dostosowana do wydobywania z dzieci potencjału, który aż żal marnować. Dzieci w obecnie obowiązującym wieku przedszkolnym to najciekawsza świata i najbardziej chłonąca nowe informacje grupa społeczna. Posłanie na przykład 5-latków do szkół wyrównałoby również różnice wynikające z zaplecza domowego, gdzie rodzice nie zapewniają dodatkowych bodźców rozwojowych bądź to z braku chęci, bądź środków.

Dla mnie stanem wręcz utopijnym (w znaczeniu: tak nieosiągalnie idealnym) byłoby zniesienie podziału na klasy ze względu na wiek uczniów. Systemy, które tak czynią, nazywa się bazowanymi na kompetencjach (ang. mastery-based systems) i zwracają one uwagę, że każdy człowiek rozwija się w poszczególnych obszarach nierównomiernie i nieporównywalnie do innych ludzi.

Obecnie sytuacja wygląda tak, że jeśli np. Gosia nie opanuje, w tempie przewidzianym na to w programie, tabliczki mnożenia, dostaje dopuszczający ze sprawdzianu i program dalej toczy się swoim tempem, nie zwracając uwagi na to, że Gosia coraz gorzej rozumie coraz bardziej skomplikowane zagadnienia, by ostatecznie stwierdzić, że „matma jest nie dla niej”, a nawet, że ona sama jest po prostu „głupia”. W mastery-based system Gosia nie zostałaby zmuszona do przejścia do kolejnych koncepcji, dopóki nie opanowałaby tabliczki mnożenia z co najmniej 90-procentową skutecznością.

W praktyce rozwiązanie takie może przybrać jedną z dwóch postaci.

  1. Edukację zaczynamy grupowo od przekazywania uczniom kompetencji miękkich, a co do twardych – wdrażamy indywidualne programy nauczania dla każdej osoby dzięki użyciu stanowisk samodzielnej nauki, wyposażonych w odpowiednie systemy komputerowe, dostęp do źródeł i mentoringu (przykład tutaj). Organizujemy też grupowe sesje projektowe, gdzie uczniowie mogą udowodnić, że opanowali konkretny obszar wiedzy poprzez wykorzystanie go w praktyce.
  2. Nauczanie nadal odbywa się w grupach, ale każde dziecko czy nastolatek ma zapewniony płynny dostęp do grup w zależności od jego stopnia zainteresowania czy zaawansowania. Zatem 11-latek może być na swoim poziomie zaawansowania z języka ojczystego, ale z grupą, nazwijmy ją „licealną”, chodzić na biologię, zaś na zajęciach z historii (którą na razie nie przejawia zainteresowania) być w grupie o stopniu zaawansowania bliższym dzisiejszym trzecioklasistom.

 

Co z ocenami i egzaminami we współczesnej edukacji?

W 2002 Jennifer Crocker opublikowała badania, z których wynikało, że najważniejszym czynnikiem determinującym wśród badanych studentów poczucie własnej wartości były ich stopnie (na dalszym miejscu znalazło się też to, jak te oceny wypadały w porównaniu z ocenami rówieśników (źródło)). Stopnie są jednak po prostu arbitralną skalą punktową i nie bez powodu porzucono ocenianie w nauczaniu początkowym (klasy 1-3) na rzecz ocen opisowych. Oceny po prostu nie dają nam właściwie żadnej informacji zwrotnej i trudno je sobie skonceptualizować. Zamiast być pomocą w dalszym rozwoju – są nagrodą lub karą. Stanowią w niektórych domach wirtualną walutę (zamienną na przywileje lub gotówkę, po skrajne wypadki „Rób, co chcesz, póki masz dobre stopnie”), w innych tworzą mur nieufności w relacjach nauczyciel-uczeń-rodzic.

A przecież już w ubiegłym wieku dowiedzieliśmy się, że motywacja pochodząca z zewnątrz – w tym oceny i pieniądze – zmniejsza przyjemność z wykonywania zadania (źródło), skraca też czas na nie poświęcony, ponieważ zaczyna być ono postrzegane jako przykrość do odhaczenia.

Mało tego – wiemy też, że dzieci pozbawione bodźca w postaci oceniania chętniej wybierają bardziej ambitne zadania, bowiem strach przed byciem ocenionym negatywnie działa na nie paraliżująco (źródło).

No i kto z nas nie pamięta związanego na supeł żołądka przed ważnym egzaminem (notabene, dlaczego nikt nie wytłumaczył nam, że stres ma motywować organizm, w szczególności mózg, do ciężkiej, wytężonej pracy koniecznej przy tego typu wyzwaniach)? I głośnych ostrzeżeń  naukowców, że standaryzowane egzaminowanie pod klucz skończy się wtórnym analfabetyzmem? Problem w Polsce dotyczy ponoć współcześnie nawet co szóstego człowieka z dyplomem magistra (nie najlepsze źródło), a wśród dorosłych z niższym wykształceniem ten odsetek gwałtownie wzrasta.

Zamiast piekła egzaminacyjnego dobrym rozwiązaniem są portfolia z najlepszymi pracami uczniów, już sam bowiem system oparty na kompetencjach mówiłby, na jakim poziomie dana osoba się znajduje. Oceny można by natomiast zastąpić informacją zwrotną zarówno od mentora danego projektu, jak i od współuczących się. Skale czy rubryczki są w takim systemie oceniania zbędne, acz rodzi to co najmniej dwa problemy, które zbiorczo nazwałabym „problemami linii najmniejszego oporu”. Jeden z nich polega na tym, że projekty można rozwijać i udoskonalać w nieskończoność. Zatem jaki minimalny wkład pracy jest akceptowalny do „przepuszczenia” ucznia dalej? Po wtóre zaś, jeśli usunie się instytucję rocznych klas, ile minimalnie „progów” w całym cyklu edukacyjnym musiałby pokonać uczeń, żeby dany przedmiot móc już sobie odpuścić? Bardzo łatwo wyznaczyć taki próg dla języków obcych (np. na poziomie B1 lub B2, umożliwiającym komunikację w mowie i piśmie), pewnie udałoby się też dojść do konsensusu w zakresie matematyki (operacje na procentach i ułamkach są istotne, ale wyliczanie macierzy czy tangensów przeciętnemu Kowalskiemu się nie przyda), ale co zrobić np. z geografią?

Jak powinny wyglądać plany lekcji?

Mówiąc inaczej, czego i ile powinny uczyć się dzieci.

Widząc od środka placówki pracujące w różnych systemach, stałam się zwolenniczką dłuższych bloków programowych, które w zależności od wieku dzieci można podzielić na bloki 30-, 45-, 60-minutowe, ale bez zmiany tematu co przerwę. Idealne byłyby bloki 2-3-godzinne, umożliwiające pogłębione obcowanie z tematem, różne warianty pracy, skupienie i wielowymiarowość dyskusji. Bez problemu można wtedy obejrzeć film jako dodatkowe źródło informacji, napisać esej czy działający program komputerowy, nie mówiąc nawet o przeprowadzeniu eksperymentu czy dyskusji.

Mam jednak mieszane uczucia dotyczące przedmiotów szkolnych, i kilkanaście oderwanych postulatów w tym temacie.

Przede wszystkim uważam, że religia (właściwie: katecheza) nie jest obszarem nauki, zatem jej miejsce jest poza szkołą, w świątyniach danej wiary czy religii, jeśli rodzice zechcą, by ich pociechom przekazywać wartości duchowe. Przede wszystkim byłby to autentyczny kontekst sacrum, skończyłyby się wojny o obecność oceny z tego „przedmiotu” na świadectwie oraz bitwy podjazdowe o dostępność ułomnego „świeckiego zastępnika”, jakim są lekcje etyki.

Co jeszcze skreśliłabym z listy? Fragmentaryczność. Wiele przedmiotów dałoby się połączyć w bardziej sensowne konglomeraty, których nazewnictwo pozostawiłabym mądrzejszym ode mnie.

Jednym z nich byłby zbiór matematyka-fizyka-geografia (ogromne pole do kontekstualizacji i wskazywania zależności), drugim biologia-chemia (bo to nijak nie są oddzielne pola), technika-informatyka (np. „techniki wytwarzania” lub „DIY„), język polski można by podzielić na blok wiedzy o języku (gramatyka, interpunkcja, ortografia, historia języka itd.) oraz literaturę, a tę połączyć w blog literatura-muzyka-plastyka (i tu już mam nazwę „obcowanie z kulturą”).

Jest też potrzeba wprowadzenia co najmniej kilku nowych przedmiotów. W high school miałam przedmiot TOK – Theory Of Knowledge, który może nie jest panaceum na bolączki oświatowe, ale bardzo mi go w polskiej edukacji systemowej brakuje. Teoria wiedzy była połączeniem elementów logiki, erystyki, filozofii i analizy źródeł, co w sumie dawało doskonałe podstawy do zmierzenia się z każdym nowym zagadnieniem z należytą dyscypliną myślową. Zamiast PO czy WDŻ-u, czy WOS-u wolałabym zobaczyć porządne Kształcenie Obywatelskie, które obejmowałoby wrażliwość międzykulturową, znajomość podstaw mechanizmów politycznych (w tym głosowania i możliwości wpływania na politykę lokalną), gospodarczych (w tym prowadzenia własnego budżetu czy wypełniania PIT-u), działania rynku pracy (włączając w to takie zagadnienia, jak self-branding czy zdobywanie dotacji), ale również wiedzę o relacjach międzyludzkich (m.in. o odpowiedzialnych zachowaniach seksualnych oraz bezpiecznych zachowaniach online) i z samym sobą (np. o rozsądnym korzystaniu z opieki medycznej, konsekwencjach przyjmowania używek czy sposobach radzenia sobie ze stresem). Filozofia brzmi kusząco, o ile nie zatrzymamy się tylko na pismach filozofów ze starożytnej Grecji i Rzymu oraz weźmiemy pod uwagę prądy myślowe ze wszystkich kontynentów, aż do współczesności. Podobnie marzy mi się historia – nie daty i nazwiska, ale raczej globalne prądy, omawiane w razie potrzeby na lokalnych przykładach. Historia poza Europą nie zaczęła się toczyć, kiedy inne lądy poodkrywali europejscy podróżnicy, ani nie przestała toczyć się, kiedy swoje flotylle napakowane lokalnymi dobrami zwinęli z powrotem.

Zajęcia w szkole powinny też uwzględniać ruch fizyczny, ale system IBO znalazł już na to świetne rozwiązanie, tj. CAS – przedmiot Creativity Action Service (więcej o programie IBO tutaj). Nie jest możliwe, by szkoła zapewniała zajęcia odpowiadające zainteresowaniom wszystkich uczniów, zatem systemy IBO składają na barkach każdego młodego człowieka z osobna odpowiedzialność za rozwijanie swoich pasji we własnym zakresie. Odbywa się to poprzez legitymizowanie aktywności pozaszkolnych jako pełnoprawnego przedmiotu, pod warunkiem poświadczenia odbywania tych zajęć przez zewnętrznego, pełnoletniego mentora. Trzy pola, na których nastolatkowie muszą się wykazać, to działania twórcze (Creativity: od dziennikarstwa, przez animacje 3D i śpiew, po projektowanie ubrań i malarstwo), dbanie o ruch (Action: joga, taniec, sporty zespołowe, sporty walki, sporty wyczynowe – co kto lubi) oraz dbanie o lokalną społeczność (Service – wszelkiego rodzaju wolontariat).

Zadawać do domu czy nie zadawać?

W szkołach w Finlandii prawie wcale nie ma zadań domowych i dzieci są nie tylko szczęśliwe, ale też osiągają świetne wyniki (źródło – opracowane w formie infografiki). Ja jednak jestem zwolennikiem rozkładania powtórek w czasie i samodzielnego mierzenia się z problemami. Mimo wszystko marzą mi się zmiany także w tym zakresie.

Aby umocnić samodzielność uczniów, należałoby wprowadzić wybór sposobu realizowania prac domowych. Z każdego niemal przedmiotu lub bloku przedmiotowego uczeń, nawet ten najmłodszy, powinien mieć możliwość ustalenia tematu i formy, jaką przyjmie jego praca własna. Przykłady? Proszę bardzo. Praca plastyczna, infografika, prezentacja, stworzenie online content, wypracowanie, wypełnienie kart pracy, przygotowanie poszerzonych materiałów oraz bibliografii z danego zagadnienia, wywiad ze specjalistą, poster, lapbook, aplikacja, materiały powtórkowe dla innych uczniów, drama, zestaw mnemotechnik, zorganizowanie tematycznej wycieczki lub lekcji… Możliwości ogranicza tylko osoba mentora/nauczyciela i wiek uczniów. Młodsi potrzebują ściślejszych wytycznych i ograniczonego wyboru (np. 3 metod udowodnienia, że pracowało się aktywnie nad tematem w domu), starszym można dać naprawdę wolną rękę, łącznie z tym, że mogą przynosić mniejsze porcje prac domowych co lekcję lub realizować jeden większy projekt, który obejmowałby cały dział.

Jaki użytek należy zrobić z nowych technologii?

Uwielbiam czytać książki z zakresu pedagogiki wydane w XX wieku, ponieważ autorzy wielu z tych opracowań kolejno wieszczyli rewolucję w nauczaniu po upowszechnieniu się radia, magnetofonu, telewizji, komputera… Poza niewielkim procentem autorskich i alternatywnych placówek, niewiele się zmieniło.

A powinno. W tej dziedzinie, już niejako pod koniec mojego wywodu, mam dwie sugestie:

  • Ograniczmy wkuwanie faktów na pamięć, skoro wiele z tych informacji polskie dzieciaki mają na wyciągnięcie ręki w swoich smartfonach lub tabletach. Nauczmy je w tym “uratowanym” czasie, jak rozróżniać fakty od bzdur, jak szybko i precyzyjnie znajdować potrzebne informacje w internecie i źródłach bardziej namacalnych.
  • Bycie aktywnymi obywatelami wirtualnego świata to nie tylko pisanie komentarzy pod filmikami znanego jutubera czy dawanie lajków koleżance z fejsa, ale kompleksowa umiejętność wytwarzania treści, kolaborowania z innymi użytkownikami sieci i zachowania w niej odpowiedniej dozy bezpieczeństwa oraz prywatności. Samych ustandaryzowanych już formatów wideo w sieci wymieniliśmy na zajęciach z wideomarketingu około 50. To piękne, że nadal uczymy się, czym jest pentametr jambiczny, ale dlaczego jedna forma ma wykluczać drugą, skoro mamy dostarczyć młodym ludziom jak najwięcej narzędzi do komunikacji i wyrażania siebie?

Oczywiście, powstaje tu jeszcze problem wykluczenia cyfrowego (ang. digital divide), któremu w XXI wieku szkoła musi przeciwdziałać – a dotyka ono (dane za rok 2014 – źródło) 25,2% gospodarstw domowych!

Szalenie inspirujące są projekty Google, który wielu szkołom w krajach rozwijających się oferuje pakiety z Chromebookami dla każdego ucznia wraz z oprogramowaniem edukacyjnym dla całej placówki na wszystkie stanowiska. Program taki generowałby znaczne – ale według mnie konieczne – koszty dla budżetu państwa, które zwrócą się w postaci kapitału społecznego.

W Deformie PiS uchwalił w nowej podstawie programowej między innymi obowiązkową naukę programowania już od pierwszego roku obowiązku szkolnego (źródło). Zakrzyknęłobym chętnie HURRA, gdyby nie to, że nie mamy kadr mogących takie lekcje rzetelnie przeprowadzić (i tu wracamy do rozłożonego w czasie planowania i wdrażania nowych wytycznych).

 

Chciałom jeszcze dorzucić coś o tym, że w każdej placówce szkolnej powinna być pielęgniarka i dobrze przemyślana strategia obecności mediów oraz niezdrowych przekąsek… ale czuję, że i tak macie dużo do przemyślenia i skomentowania. Mam nadzieję, że podzielicie się ze mną wnioskami.

Credits: Text dividers designed by Freepik
Written by: Agnieszka Gorońska
Stormy proofereading: Adrian P. Krysiak

W świat z tym! Tweet about this on TwitterShare on Facebook15Share on Google+0Share on Reddit0Pin on Pinterest0Print this pageEmail this to someone
  • nie znam się, ale się wypowiem, nie znam się, bo nauczycielem nie jestem, ale trochę się znam, bo do szkoły lat wiele chodziłam i zamierzam znów iść (ehhh, a obiecałam sobie nie iść na kolejną podyplomówkę…)
    jestem bardzo na tak, by nie kazać uczyć się dzieciom/młodzieży całek i innych tangensów, bo niektóre dzieci wolniej przyswajają pewne dziedziny nauki i nie nadążają za innymi w tych obszarach, a często jest tak, że jak się nie naumiesz jednego to potem nie naumiesz się dalszej reszty… i tak np. ja do dziś mam koszmary senne, że dwie matematyki mam pod rząd, bo ktoś mnie wrzucił do klasy matematycznej… piękna historia, długa, ale smutna jak cholera, a stresogenna jeszcze bardziej… gdyby tak uczyć mądrzej, lepiej i praktyczniej to byśmy mądrzejszym narodem byli, a ja wiedziałabym więcej o II wojnie światowej – więcej, bo wiem co się sama dowiedziałam, w szkole nie starczyło czasu…. a co jak co, II wojna światowa niejako ważna jest dla nas