Śmieszna, mała rzecz. Zaimek.

Zaimek, śmieszna, mała rzecz, dodatkowo – definiuje się już w nazwie.

W wielu językach, zaimek to wyraz, który funkcjonuje zamiast rzeczownika, na który wskazuje. Mamy więc np. „zamiast rzeczownika” w esperanto (pronomo), angielskim (pronoun), francuskim (pronom), niemieckim (Pronomen), a nawet w japońskim (代名詞 だいめいし) . W polskim, ze względu na to, że historycznie „rzeczownik” był nazywany „mianem” lub „imieniem” – dorobiliśmy się zaimka, krótkiego wyrazu za imię.

Zaimki są dla mnie ciekawe z co najmniej 3 powodów, które dziś nakreślę – dwóch lingwistycznych i jednego równościowego.

Pierwszy z nich to kwestia, która denerwuje wielu początkującyh uczniów języków obcych – po co nam są w ogóle zaimki? Przede wszystkim, by wiedzieć kto (lub co) jest obiektem i wykonawcą czynności. W dalszej kolejności np. po to, by urozmaicić styl i szybciej odnosić się do wiadomych elementów komunikacji (Porównaj „Koleżanka dała mi ten długopis. Ten dłupis pisze w dwóch kolorach. Ja podziękowałam koleżance bardzo.” z „Koleżanka dała mi ten długopis. On pisze w dwóch kolorach. Podziękowałam jej bardzo.”).

Pozwoliłam sobie do tekstu dorzucić znamienny kubek z Gombrowiczem od Dotdesign. Kliknij w obrazek po odnośnik do ich Allegro.

Szczególnie drażliwym tematem jest zaimek w roli podmiotu, czyli właśnie wykonawcy czynności. W polskim możemy sobie pozwolić na podmiot domyślny z prostej przyczyny: mamy rozbudowaną koniugację, dzięki której wykonawca jest jakby „wtopiony” w czasownik. Z tego powodu częstym błędem początkujących np. w języku angielskim, esperanto czy japońskim (piszę o dobrze mi znanych językach) jest opuszczanie zaimka w miejscach do tego niedopuszczalnych.

W żadnym z tych języków czasownik nie „odmienia się” przez osoby. Stąd w angielskim czy esperanto zaimek przed czasownikiem musi pojawić się zawsze (dodatkowo w angielskim, pozbawiony go czasownik w swej podstawowej formie natychmiast staje się formą w trybie rozkazującym np. „I wake up” [wstaję, budzę się] vs „Wake up!” [Wstawaj!]). W japońskim sytuacja jest jeszcze bardziej skomplikowana, bo jest to język wysokokontekstowy, wiele rzeczy ukrywa się w nim w domyśle, wynika z kontekstu. Ogólnie można zatem powiedzieć, że podmiot domyślny, podobnie jak w polskim, jest dopuszczalny i w japońskim. Z tym jednak warunkiem, że jeśli wykonawca w wypowiedzi pojawił się po raz pierwszy lub właśnie uległ zmianie, należy to gramatycznie zaznaczyć. Analogiczna sytuacja, w uproszczeniu, występuje w Polskim Języku Migowym.

I tu dochodzimy do drugiego interesującego mnie zagadnienia – wśród zaimków między językami nie ma ekwiwalencji. Każda kultura i gramatyka wypracowała sobie własne sposoby na odnoszenie się do osób (a także przedmiotów). Minimalny, zdaje się, zestaw to 6 zaimków (po 3 dla liczby mnogiej i pojedynczej), ale nie znam żadnego języka, który ograniczałby się do tej liczby – jeśli Ty znasz jakiś, koniecznie daj mi znać w komentarzu! Różnego rodzaju odgałęzienia powstają w zależności od rozróżnianych przez język płci (a właściwie rodzajów gramatycznych oraz czy grupa jest mieszana płcowo czy homogeniczna), przynależności do świata ożywionych lub nieożywionych podmiotów, familiarności rozmówców (jak blisko są ze sobą związani, jak formalna jest sytuacja między nimi), inkluzywności (czy w chwili mówienia np. „my” wlicza się rozmówcę czy nie), wieku opisywanych osób i wielu innych czynników!

Jeżeli musicie uczyć się tabelek koniugacji w wybranym przez Was języku obcym, na pewno macie obkute podstawowe zaimki. Kiedy ktoś uczy się polskiego, na pewno usłyszy jednak nie tylko o klasycznych formach dla ja, ty, on, ona, ono, my, wy, oni (to już 8), ale także dla pan, pani, państwo (razem już 11), a na zajęciach zaawansowanych także o pluralis maiestatis (czasem: majestatis / maiestaticus) oraz pluralis modestiae (czyli w sumie pechowa 13, hehe). Są to formy liczby mnogiej, które odnoszą się do pojedynczych osób, maiestatis do królów i biskupów („Wy, królu, wiecie najlepiej!”), zaś modestiae do nas samych w celu umniejszenia naszej roli (np. w artykułach naukowych „W zapiskach Gombrowicza odnajdujemy…”).

Ta mnogość to jednak nie koniec, co doprowadza mnie do trzeciego zagadnienia – jak zaimki stały się sposobem na wyrażanie siebie na przykładzie środowisk LGBTQ+.

Wśród osób queer, które przynależą do społeczności trans, funkcjonuje coś takiego jak „preferred pronoun” / „zaimek preferowany”. Wyjaśnijmy sobie najpierw kim są osoby trans (byłam bliska użycia terminu trans*, ale Wiktor Dynarski mi to skutecznie wyperswadował) – to nie tylko osoby transpłciowe (czyli takie, które określono jako chłopców przy urodzeniu, choć są dziewczynkami i na odwrót), ale także interpłciowe (urodzone z biologicznymi cechami płciowymi obu płci, niekoniecznie w równym stopniu rozwiniętymi) oraz niebinarne, takie jak ja (przypominam, identyfikuję się jako genderqueer), które nie odnajdują się w płciowej binarności i są gdzieś „pomiędzy” lub w ogóle „poza”. Więcej o tego typu płciowości będę mówić zresztą na wykładzie organizowanym przez TransAkcję 18 marca (sobota).

Jeśli ktoś jest osobą trans może się zdarzyć, że zaimek, którym tytułowano tę osobę np. w dzieciństwie nie zgadza się z płcią, którą odczuwa. Jednym z elementów pożąanej tożsamości jest zgodność form gramatycznych z naszą płciowością, stąd wiele osób oznajmi jaki jest ich preferred pronoun. Może wybrać z już istniejących: moim jest „it” / „ono” i z reguły formami nijakimi zwracają się do mnie najbliżsi przyjaciele np. „Mizuu zrobiło to w ten sposób. Jakież ono jest mądre!”, aczkolwiek od kilku lat nieustannie żongluję żeńskimi, męskimi i nijakimi formami gramatycznymi online i offline. Jest to czysta performatyka mojej płciowości i jej integralna część.

Są jednak osoby, które z binarnością nie mają nic wspólnego tak dalece, że są zmuszone szukać innych rozwiązań. Tutaj szlak przecierają głównie społeczności anglojęzyczne, które proponują nowe rozwiązania.

Jednym z nich jest używanie „they” w roli zaimka dla trzeciej soby liczby pojedynczej, dzięki czemu nie znamy płci osoby mówiącej, ale gramatyka zostaje zachowana. Inni wolą tworzyć neologizmy lub sięgać do archaizmów. Przykładem modelowania pozytywnych zachowań jest tu Uniwersytet w Milwaukee, który pozwala studentom i kadrze okrelać preferowany zaimek, a wszystkim rozdaje takie oto karty, by zwiększyć świadomość:

Powód jest prosty – każdy chce być tym, kim jest. Jeśli masz na imię, dajmy na to, Nadia i identyfikujesz się jako kobieta, zapewne czułabyś gniew lub smutek gdyby wszyscy non stop zwracali się do Ciebie na formy męskie „Nadia, przeczytałeś to już?”, „Jak dobrze, że przyszedłeś, Nadia!”, „Jesteś strasznie przystojny.”.

Osoby niebinare mają trudniej, bo wzorce dla nich są w wielu kulturach dopiero wypracowywane (niektóre języki mają neutralne płciowo zaimki lub zaimki dla tożsamości niebinarnych). Dobrze byłoby, gdybyście wszyscy spytali swoich znajomych, szczególnie tych, o ktorych wiecie, że są queer, jakich form chcą używać. Nie róbcie też z tego cyrku. Czasem się pomylicie, trudno, cieszymy się, że się staracie. W końcu się przywyczaicie.

Zaimek to może i krótki wyraz, ale najbliższy sercu, jeśli chodzi o tożsamość i komunikację.

W świat z tym! Tweet about this on TwitterShare on Facebook4Share on Google+0Share on Reddit0Share on LinkedIn0Pin on Pinterest0Print this pageEmail this to someone
  • Funfact: węgierski przynosi nam zaimek ő, który oznacza po polsku: on, ona lub ono (a więc właściwie może oznaczać też np. osobę genderfluid), do tego, co jest jeszcze fajniejsze – przy sytuacjach bardziej formalnych Węgrzy używają maga lub Ön, które również są neutralne. Zabawna jest rola tłumacza, kiedy Węgrzy piszą całe powieści używając ő, a płeć bohatera wychodzi na jaw dopiero na ostatniej stronie. 😀