„O coś musi chodzić.” Echa z Orlando.

Disclaimer:
Ta dziennikarska wprawka powstała latem podczas warsztatów z reportażu na Festiwalu Malta. Podszlifowana, nie doczekała dobrego momentu na publikację w żadnym miejscu. Jeśli ten moment – między grobową zadumą 1 listopada a bliskim Świętem Niepodległości nie jest tym dobrym momentem”, to lepszego już nie będzie i tekst skończy w wirtualnej szufladzie. Przeczytajcie i dajcie znać w komentarzach czy powinno tu być takich tekstów więcej, dzięki!

Kiedy Tomek tak stoi, jest uosobieniem transgresji. Nie, nie dygresji, on jest bardzo na temat w tej całej sytuacji. On ją przekracza, dokonuje wtargnięcia, przekreśla utartą w głowach wielu formułkę. Stoi pod biurem konsularnym Stanów Zjednoczonych Ameryki razem z tłumem. Palą się znicze, zapada zmrok, ludzie w milczeniu czczą pamięć ofiar strzelaniny w klubie dla mniejszości seksualnych w Orlando. Jak muchy dookoła krążą fotoreporterzy, ale robią wszystko, żeby jego zostawić poza kadrem. Bo jest całkiem barczysty i łysy. Bo nie trzyma żadnego chłopaka pocieszająco za rękę. Bo jest w sutannie.

Tomek jest kapłanem Reformowanego Kościoła Katolickiego od 8 lat, obecnie prezbiterem w Parafii pod wezwaniem św. Cyryla i Metodego w Poznaniu. To mała parafia, w gruncie rzeczy tak niewielka, że mieści się w mieszkaniu w centrum miasta. Tomek mieszka tam i odprawia msze. Sam, bez żadnej pani Basi na zakrystii, pierze, myje, dba o kadzidła. Szykując się do nabożeństwa krząta się po kątach i opowiada o swojej ostatniej wyprawie do Rzymu, właśnie wrócił.
– Zobacz jakie sobie czaderskie, nowe kadzidła kupiłem. – cieszy się jak dziecko, otwierając opakowanie nad kadzielnicą. Ma bardzo ciepły, spokojny głos. W oczach iskierki rozbawionego chłopca. Tak bardzo różni się od obrazu spokojnego pasterza na uroczystości żałobnej. Tam wzrok miał zgaszony, zaciśnięte usta i chociaż nie jest wcale wysoki, górującą nad innymi, ojcowską sylwetkę.

orlando
Kiedy pisałam ten tekst, nie chodziło mi o żadne konkretne zdjęcie, lecz o ich ogół w mediach. Łatwo je znajdziecie. Bez ilustracji jednak ten tekst byłby goły, wybrałam więc jedno ze zdjęć przekazanych mi przez Kazimierza Rejnerowicza z Rainer Foto.

Zamiast niego w kadrze można zobaczyć Jaśminę. Jest z małego miasteczka w Wielkopolsce, do Poznania przyjechała na studia. Jest bardzo drobna, łatwa do pomylenia z gimnazjalistką, w jej ramionach łka inna młoda kobieta. Mówi, że to było dla niej tamtego wieczoru najważniejsze – pokazać, że jesteśmy wszyscy razem, że nie chowamy się każdy z powrotem do swojej szafy, chcemy zwrócić na to uwagę osób, których ta tragedia nie dotknęła tak bezpośrednio.
– Jeżeli ktoś ma taką potrzebę, może się pomodlić… – mówi z lekkim wahaniem w głosie tydzień później. – Szczególnie, że nie wiemy jakiego wyznania były osoby, które tam zginęły.
– A Ty się modliłaś?
– Nie. To nie byłoby szczere.

Różni ludzie podchodzili podziękować Tomkowi po uroczystości pod biurem konsularnym . To było dla niego najważniejsze, bo to w jego odczuciu jedna z najistotniejszych, pozateologicznych różnic między kościołem rzymskokatolickim, a RKK – poczucie wspólnoty. Starokatolicy tacy jak on nie uznają dogmatu o nieomylności papieża i zamiast kultywować hierarchię, kładą nacisk na wspólnotowość. Te elementy nabożeństwa, które odbiegają od znanego ludziom wychowanym w wierze rzymskokatoliciej schematu, służą właśnie budowaniu równości. Kiedy pada hasło “Przekażmy sobie znak pokoju”, Tomek wychodzi zza ołtarza.
Cicho pytam, czy to znaczy, że mogę go przytulić.
– Pewnie, u nas tak to robimy! – uśmiecha się szeroko.
Kazanie w jego parafii też nie jest klasyczne. Wszyscy siadają wspólnie i dyskutują o tym, co dla nich oznaczają dane czytania. Każdy ma swój głos. Tomek się nie narzuca, czasem potakuje, kiedy indziej coś dopowiada. Wszyscy siedzą do siebie zwróceni twarzami, on też, dostrzega każdą obecność. I to nie jest w ogóle karcące spojrzenie. Jego wzrok mówi “Fajnie, że jesteś”.

To spojrzenie wiele dało Paulinie, która przyszła zapalić znicz ze swoją dziewczyną. Dzięki RKK jej orientacja nie kłóci się już z jej duchowością. Przyjechała tu aż z Kujaw, jest aktywistką, działa w grupie Wiara i Tęcza, często widać ją na różnych manifestacjach, na przykład na Manifie w Poznaniu niosła w tym roku transparent “Katolickie wychowanie to miłość i szanowanie”. Ma przepiękne oczy w kolorze gorącej czekolady. Po pracy wpada często na zajęcia z tańca bollywoodzkiego. Jej dziewczyna ostatnio mocno wspiera schronisko dla królików. O Tomku mówi ze śmiechem, że to “miłość od pierwszego wejrzenia”, człowiek, który nie niósł nowiny o Bogu wykluczającym, tylko tym, w domu którego “mieszkań jest wiele”. Czy to do tych mieszkań trafiły ofiary strzelaniny w Orlando – nie wiadomo.
– Spotkanie przy zniczach zbliżyło mnie do tej tragedii jeszcze bardziej, bo jakoś wcześniej byłam na Paradzie Równości w Warszawie, miałam występ Bollywood w niedzielę, była praca – nie było czasu podjąć refleksji nad tym wydarzeniem. Dopiero wtedy zapłakałam, tym bardziej, gdy mój znajomy zaśpiewał “Amazing Grace”… no i wtedy dopiero miałam czas się pomodlić za ofiary – stojąc wokół zniczy, w ciszy odmawiałam modlitwy… Dopiero wtedy w pełni dotarł do mnie wymiar i potęga homofobii, której ofiarą może stać się każdy z nas, w zupełnie niespodziewanej chwili… Ta strzelanina przypomniała mi, że nawet w krajach, gdzie ludzie mają równe prawa, o które my tak bardzo walczymy, homofobia jest nadal groźna. I że trzeba podkreślać, że należy walczyć z nią wszędzie, niezależnie od tego, w jak otwartym i wielokulturowym państwie się żyje…

Tomek też ma wiele refleksji na ten temat. Wzrok w zamyśleniu wbija w swoje dłonie i często rozpoczyna rozważne odpowiedzi od “Tak sobie myślę…” albo “Mam takie wrażenie…”
– To całe wydarzenie, nam, jako wspólnocie, pokazało, że istnieje taka mieszanka, myślę… najbardziej niebezpieczna: choroby psychicznej, religijnego fundamentalizmu i homofobii. Jak te trzy rzeczy się ze sobą spotkają, doprowadzają do tragedii. – milczy przez chwilę, w jego głosie słychać współczucie – Gdyby ten chłopak wzrastał w innym środowisku, bardziej akceptującym, pełnym miłości, to inaczej by się to skończyło.
W jego domu-parafii, człowiek czuje się jak w rodzinie. Przed mszą można sobie “strzelić małą kawkę” i posiedzieć w kuchni, pogadać, o wszystkim. Chętnie opowiada o zdjęciach i pamiątkach wiszących na ścianie. Wiele z nich jest z Anglii, bo to tam, od anglikanów, nauczył się najwięcej o kościele starokatolickim. Z którym związał się na stałe. Jest też komiksowy kalendarz “Świętego Oburza, Patrona Polski” na rok 2016. A w nim 13. miesiąc, na wszystko, czego nie zdążyło się zrobić w pozostałe 12.

Na zdjęciach spod biura konsularnego jest też Paweł, wyznawca pastafarianizmu czyli wiary w Latającego Potwora Spaghetti. Dziś wyjątkowo zadumany, z bujnym czarnym zarostem, ale bez tradycyjnego durszlaka na głowie. Dobrze się komponuje, bo stoi z przodu, głowę ma spuszczoną, cały jest owinięty tęczową flagą. Nie wszyscy traktują jego grupę wyznaniową poważnie, właśnie trwa proces o zarejestrowanie Kościoła Latającego Potwora Spaghetti – właściwie to już przegrali, ale upatrują w tym szansy na skierowanie sprawy do wyższej instancji. Na uroczystości oprócz Pawła i Tomka miał się jeszcze stawić zaprzyjaźniony imam, ale pochłonęły go obchody Ramadanu.
Paweł jest gejem, zaangażowanym działaczem, który każdą wolną chwilę poświęca swojej córeczce. Następnego dnia wracając z pracy, po drodze, jedzie znowu zapalić pozalewane nocnym deszczem świece i znicze.
– Zabrali. Usunęli wszystkie tęczowe flagi i bannery. – mówi z żalem. Nie wie, kogo obwiniać za wyretuszowanie jego tożsamości z publicznego miejsca.
W kolejnych dniach nie będzie już nawet czego zapalać, wszystko zostało skrzętnie sprzątnięte. Przez kogo? Dokładnie nie wiadomo. Biuro konsularne nie odpowiedziało na maile w tej sprawie.

Tożsamość to zagadnienie, z którym Tomek zmaga się na codzień. Zapytany, definiuje siebie najpierw jako człowieka, potem jako chrześcijanina, a w końcu jako księdza. Homoseksualizm nie jest w jego wypadku cechą definiującą, tak jak nie definiuje go to, że czasem nosi okulary.
– Jak ktoś sobie nie zbuduje własnej, silnej tożsamości, rodzi się miejsce na podążanie za tłumem. Agresja natomiast bierze się z wątpliwości co do samego siebie. I to jest grzech, że ktoś sobie uzurpuje prawo do poprawiania Bożego planu: On stworzył jakiegoś człowieka, a ty będziesz naprawiał teraz, nie? Każda jednostka jest ważna i każda jest inna.
Ale czasem czuje na sobie wzrok innych ludzi, kiedy wychodzi w koloratce. Bycie osobnym, bycie obok, to ciągłe doświadczenie w jego dorosłym życiu. Zmusza go to czasem do trudnych decyzji.
– Personalizm chrześcijański wzmacnia poczucie mojej własnej tożsamości. – oświadcza buńczucznie. Mimo to wie, że czasem czuje się w tym samotny. Nikt go do celibatu nie zmusza, ale ta koloratka nie jest specjalnie seksowna. Ktoś, kto ją widzi, myśli sobie “wejdę w kolejną rzeczywistość ukrywania się”. Dla niego miłość jest pełna kiedy się daje, a nie kiedy zamyka się sama w sobie. Nie mógłby nie powiedzieć swoim parafianom, że znalazł mężczyznę swojego życia.

Artura i Tomka łączy to doświadczenie wyobcowania. Artur co prawda nie nosi koloratki kiedy idzie się napić z innymi gejami, ale jest widocznie niepełnosprawny. Daleki jest od przeżywania na pokaz, wybranych arbitralnie tragedii, ale przyszedł zapalić znicz. W Polsce trochę się o siebie boi, chociaż życie dało już mu w kość wystarczająco, by był twardy. Wkurza go cała ta mowa nienawiści, którą puszczamy w przestrzeni prywatnej, a co gorsza publicznej, płazem. Że ktoś może zbluzgać, kazać Żydom spierdalać do gazu, a pedalstwu się jebać.
– Równość polega na tym, że jak na to pozwalam, to przesuwam granicę i kiedyś ja się w nią łapię. – nie do końca wiadomo, czy mówi to w złości czy w smutku.
Urodził się z krótszymi, zdeformowanymi rękami. Nadrabia inteligencją i poczuciem humoru, nie chce żalu, litości, chce tej samej równości, co wszyscy, on sobie poradzi. Kiedy rozmowa schodzi na tematy religijne, rzeczowo wyjaśnia:
– Szatan to szczerze mówiąc każdy człowiek, który przekracza granicę i zgodę innego człowieka na relacje między nimi. A Bóg… Czasem bardzo długo uważam, że Boga nie ma.
Po ostatniej rozmowie z Tomkiem ma jednak ciężki orzech do zgryzienia. Drapie się po policzku i, trochę niechętnie, przyznaje, że czasem każdy natyka się w życiu na ludzi podobnych do Don Kichote’a. Którzy idą na przekór, wydaje się, że nie mają szans z wiatrakami. Ale jest coś szlachetnego w takiej postawie. O coś musi chodzić.
– Jeśli on… taki człowiek do czegoś motywuje, to to jest boski pierwiastek.
Nie dookreśla o kogo chodzi.

Zanim wyjdę, Tomek upomni mnie jeszcze:
– Za tego chłopaka trzeba się pomodlić. Myślę, że on był bardzo nieszczęśliwy. Brakowało mu miłości i akceptacji. A tylko tego chyba chciał. Tego szukał…
W skupieniu przewiązuje humerał. Gdzieś po drodze zażartuje, że w tym kroju ornatu wygląda trochę jak superbohater z komiksu. Próbuje trzymać pogodę ducha. Ale to trudne. To on musi dawać oparcie, może tylko modlić się o siłę. Pęka trochę kiedy przyznaje:
– Ci ludzie się bawili, tańczyli, kochali. Dla mnie zabawa to obraz Nieba. I przyszedł taki… Szatan? – patrzy na mnie pytająco przez chwilę – i zniszczył im zabawę…
Milczymy przez chwilę wspólnie. To bardzo ładne, ale ryzykowne porównanie. Nim się rozstaniemy podniesie jeszcze na mnie swoje dobre oczy i cicho powie:
– Może to jest straszne dla niektórych, ale oni umarli tak naprawdę za… za miłość.

W świat z tym! Tweet about this on TwitterShare on Facebook9Share on Google+0Share on Reddit0Pin on Pinterest0Print this pageEmail this to someone
  • ess_fm

    Jestem na tak.