30 września 2016
Pozostałe 167 godzin

Pozostałe 167 godzin

– Mizuu-sensei, chciałabym mówić tak dobrze po japońsku, jak Ty… – wzdycha rozwiązując zadanie z partykuł złożonych.
– 10.000 godzin. – odpowiadam cicho, z uśmiechem. Wiem, że nie rozumie. Wiem też, że to nieprawda, podpuszczam tylko.

Jeśli chcesz być w czymś dobra/y, chances are, czytasz wiele na ten temat albo oglądasz filmy instruktażowe różnego typu. Być może natrafiła/eś w swoich poszukiwaniach na stwierdzenie, że aby być w czymś dobrym, należy poświecić temu 10 tysięcy godzin – nieważne czy to nauka japońskiego czy gra w tenisa. Po osiągnięciu tego pułapu do twych drzwi puka komisja i oficjalnie przyznaje Ci dyplom „Jesteś zaje….”.

Jeśli podrążyła/eś jeszcze trochę, to okazało się, że wcale nie. Że nawet mniej niż 2000 godzin już styka, pod warunkiem, że odczyniasz rytuał deliberate practice – świadomej praktyki. To znaczy m.in. eliminujesz ćwiczenie tego, co już potrafisz – bo co prawda licznik bije kiedy wypełniasz kolejną stronę ćwiczeń z odmianą czasownika „to be” w czasie teraźniejszym… ale to może sprawiać trudność komuś, kto uczy się nie więcej niż miesiąc od zera, nie Tobie. Przyjemne, ale marnotrawisz czas. Ponadto, w deliberate practice skupiasz się na poprawieniu błędów, które popełniasz i nie oszukujesz się, że wiedza sama spływa do głowy, kiedy po prostu oglądasz filmik na YouTubie, bez robienia choćby słówka notatek, nie mówiąc o praktycznym wykorzystaniu „wchłoniętej” teorii.

Tak, te liczby wciąż są ogromne. 2000 godzin, zakładając, że dziennie śpisz po zdrowe 8, to dokładnie 125 dni robienia NICZEGO poza świadomą praktyką w każdej minucie czuwania – a tu jednak trzeba jeść, myć się, spotykać innych ludzi, pracować i odpoczywać.

…lecz mówiąc szczerze, 90% ludzi w ogóle nie zastanawia się skąd i jak wygrzebać te 2 lub 10 tysięcy godzin. W ogóle nie mają takiego problemu. Nie mają też absolutnie ambicji by być w danej umiejętności doskonałym. Wręcz przeciwnie, zarówno duże liczby jak i wyimaginowana perfekcyjność, którą każdy z nas ma rzekomo prezentować, to dwie na wskroś paraliżujące jakiekolwiek działanie rzeczy.

Większość ludzi ma inny problem, z którym często spotykam się w mojej pracy – zakłada, że 1 godzina tygodniowo to zarówno zabójcze, jak i wystarczające tempo. Szaleństwem i ekstrawagancją są 2 godziny zajęć w tygodniu. Kiedy nie masz pomysłu, jak zagospodarować pozostałe 167 godzin – nie zaczynaj. Nie marnuj na tę jedną rzecz czasu, pieniędzy i chęci. Alternatywnie, czytaj dalej, Gorońska Dobra Rada ma kilka pomysłów (dotyczą one języków obcych, ale spróbujcie ekstrapolować je na inne umiejętności):

1. Rób to, co masz robić. Tylko prościej.

Jeżeli uczysz się angielskiego, by móc studiować biologię, połóż natychmiast ręce na anglojęzycznym podręczniku do przyrody dla uczniów podstawówki. Japoński jest Ci potrzebny do prowadzenia korespondencji biurowej? Natychmiast zacznij tłumaczyć maile, które piszesz po polsku na japoński (usuń wszelkie drażliwe, poufne dane!) i wrzucaj je do poprawienia np. na Lang-8 (albo po prostu daj swojemu nauczycielowi). Chcesz napisać certyfikat DELF? W tygodniu zrób chociaż kilka zadań próbnych lub z poprzednich lat. Chcesz jechać w świat ze swoim esperanto? Zrób użytek ze snapchata, instastories czy innego peryskopa i pooprowadzaj po swoim rodzinnym mieście swoich followersów. Oczywiście, w esperanto.

2. Myj się. Myl się.

I to 100-200 razy dziennie, jak zaleca poliglota Benny Lewis. Pomyłka czy błąd, to nie znak, że przegrałaś/eś – to znak, że próbowałaś/eś i się uczysz. Przegrasz, kiedy przestaniesz robić to, czego starasz się nauczyć.
Niestety, psychologicznie uwarunkowano nas, że kiedy nie wiemy dosyć dużo, oblewamy egzamin, dostajemy pałę, matka się drze i wysyła nas na jakieś karne korepetycje. I tak, są umiejętności, jak żonglerka nożami, chirurgia, rozbrajanie ładunków wybuchowych czy pilotowanie samolotu, w których pomyłki – poza szkolnymi murami czy symulacjami komputerowymi – kosztują naprawdę dużo. Wszystko inne można zazwyczaj zrobić ponownie i za którymś razem zrobić to bezbłędnie i bez wysiłku. Dobrze jednak mieć dobry feedback. Kogoś, kto powie Ci co, oraz dlaczego, jest nie w porządku i wymaga większego nakładu sił. To może być oczywiście nauczyciel czy znajomy native speaker (nie zadręczaj żadnego z nich!), ale z braku laku może to być jakaś aplikacja na telefon. Ostatnio hitem na rynku jest serwis HiNative, gdzie można zadawać krótkie, szybkie pytania („Czy dobrze to wymawiam?” „Czy takie użycie jest naturalne?” „Podajcie mi przykłady na różnicę w użyciu słów X i Y!” „Co oznacza XYZ w tym kontekście?”), na temat właściwie dowolnego języka, za darmo! Na odpowiedź do dobrze sformułowanego pytania nie czeka się zwykle dłużej niż pół godziny.

3. Prowadź solidny recykling.

Ostatnio ze wzruszeniem obserwowałam na snapchacie blogerkę, która zaczęła się uczyć indonezyjskiego. Pierwszego dnia, znając zaledwie jakie 20-30 słów, postanowiła sobie napisać 25 zdań, wszystkich, jakie była w stanie ułożyć mając 2 konstrukcje gramatyczne i powyższy zasób słówek. Końcowo wypisała jakieś 70 (Chociaż niektóre bardzo podobne, jak „Jestem z Indonezji” „Czy jestem z Indonezji?” „Billy jest z Indonezji.”). Teraz po każdym rozdziale wypisuje 100. Niezależnie od tego, czego się uczymy, języka, programowania czy gotowania, zazwyczaj nie doceniamy tego, jak płodne są maleńkie elementy, które już znamy. Prosta pętla IF-THEN, 50 słówek czy umiejętność siekania produktów w słupki otwiera przed nami gamę możliwości. Wyciskaj z nich maksimum zastosowań.

Każdy z nas gromadzi z biegiem czasu kupkę materiałów, do których już nie zagląda. Nic dziwnego, bo przecież czytanie tego samego tekstu po raz 12 nie jest dla nikogo (poza jakimiś zombie-masochistami) atrakcyjne, ani przyjemne. Już zawczasu przygotuj sobie jakąś strategię recyklingu także tych niekochanych już materiałów. Np. co się stanie kiedy ten idiom wpiszesz w Google Images? Czy twoja aplikacja do fiszek została nakarmiona nowymi słowami z tego działu? Może czas samemu zostać korepetytorem dla bardziej początkujących? Albo spróbuj ćwiczenia tłumaczeniowego – przetłumacz kilka wybranych zdań z dialogu czy czytanki na polski. Odłóż do koperty. Za tydzień lub dwa spróbuj te polskie zdania znowu przetłumaczyć na język oryginalny. Sprawdź w tekście źródłowym jak bardzo odbiegłe/aś od oryginału. Zastanów się dlaczego.
W ostateczności zawsze możesz sprzedać materiały, które ci się opatrzyły i kupić zupełnie nowe!

4. Mikrozarządzanie – od kamieni do… piasku?

Jest taka wyświechtana opowieść o coachu, który pokazywał jak zarządzać czasem. Do słoja wsypał piasek, na to warstwę żwiru, a potem próbował wcisnąć doń duże kamienie. Oczywiście, to wszystko w takiej kolejności się nie zmieściło. Morał miał być taki, że trzeba zacząć od włożenia wielkich kamieni – czyli ważnych rzeczy: snu, pracy, czasu z rodziną, edukacji – potem te małe kamienie się wpasują – jakieś spotkania, sprzątanie – a w te malutkie przerwy wmieści się jeszcze całkiem sporo piasku – przyjemności.
To jest klasyczna wersja tej anegdoty, którą odgrywają nauczyciele w wielu zakątkach świata – ale jest jeszcze nieklasyczne zakończenie. Pewnego razu ktoś z ADHD na sali krzyknął „Jest jeszcze miejsce!” i zanim ogłupiały prowadzący zdążył porządnie zaprzeczyć, wyrwał mu słój i z kranu w kącie sali przez prawie minutę lał wodę do słoika. I wy musicie się nauczyć zarządzać tą wodą.
Tak, zblokowaliście już godzinę na zajęcia (z dojazdem to już dwie, wow!) i być może kolejną na zrobienie zadania domowego. Jeśli wszystkie te 3 godziny wypadają w jednym dniu – ogarnij się. Nie, OK, jesteście pilnymi uczniami – co drugi dzień przez pół godziny przekładacie fiszki z jednej przegródki do kolejnej. Świetnie. Ale czy powiesiliście sobie na lustrze w łazience zasady tworzenia mowy zależnej? Wyciągacie z kieszeni smartfona i odpalacie Duolingo w kolejce do kasy w Lidlu? Czy jadąc samochodem lub prasując słuchacie audiobooka? Jeśli do tej pory byliście już zajęci – i to nie scrollowaniem parę godzin dziennie facebooka – trudno wpasować cały godzinny blok powtórek w plan dnia. Ale gdy w wiele codziennych czynności „wbudujemy” mniej lub bardziej świadomy kontakt z językiem, to wcale nie jest potrzebne. A ja tu podaję tylko kilka przykładów!

5. Kiedy się nie uczysz, ucz się jak się uczyć 😀

Znam ludzi, którzy robią tylko to, co tydzień zmieniając metodę nauki, bo odkryli, że jakiś bloger, gdzieś, opanował w ten sposób 4 języki w miesiąc. Rutynę trzeba przełamywać, ale z umiarem. Dokładaj czasem nowe rodzaje ćwiczeń, koncentruj się bardziej to na pisaniu, to na mówieniu, ale czegokolwiek próbujesz – zostaw czas na refleksję.
Innymi słowy, czytaj o metodyce, o teorii (ostatnio cudowna mama mojej koleżanki – pani Kitowska vel „Nauczona” – rozpoczęła kolejny obiecujący blog w tym temacie!), wcielaj teorię w życie, a potem spisuj swoje obserwacje i przemyślenia. Możesz to robić w tym samym zeszycie, w którym notujesz słówka, informacje kulturowe czy gramatyczne zasady. Coś takiego nazywa się learner’s journal – co tłumaczy się nieszczęśliwie w języku polskim na „dzienniczek ucznia” – i stanowi doskonałe źródło wiedzy o samym sobie i zapis waszych postępów. Pamiętaj tylko, że dowolną metodę trzeba testować min. przez kilka tygodni, żeby móc orzekać o jej wynikach. A im lepiej będziecie znali siebie, swoje mocne i słabe strony, tym łatwiej będziecie mogli dobierać pod siebie nowe sposoby nauki, źródła, a co najlepsze – będziecie też mogli je modyfikować i dostosowywać do własnych potrzeb.

Jeśli chcesz, żeby ktoś pomógł Tobie w opanowaniu obcego języka, to generalnie nie mogła/eś trafić lepiej – mam ostatnie miejsca na zajęciach. Godziny popołudniowe i wieczornych marków mam już w większości obsadzonych, ale jeśli wolisz być „na świeżo” i odbywać zajęcia rano albo do południa – [KLIK!] – dopisz się do formularza rejestracyjnego. Nie musisz nawet mieszkać w Poznaniu, prowadzę też zajęcia online!
Możesz też wyszerować ten tekst albo poniższy filmik znajomym (SERDECZNE DZIĘKI!):