Bullet Journal – znasz tę metodę planowania?

Kiedy za oknem szaruga, a mnie przygniata góra obowiązków, przypominam sobie, że według kogoś, kiedyś, byłam wzorem poukładnia i produktywności. Zapytano mnie wtedy, mile łechtającym ego tonem:
– Jaka jest Twoja tajemnica? Masz takie kursy, takie certyfikaty, piszesz, robisz X, Y, Z… kiedy?
– Mam okresy, że mało sypiam.
– A jak już naprawdę Ci się nie chce, a trzeba? No wiesz, takie obowiązki, że musisz je zrobić, nie wiem, rozliczyć podatki, ale masakrycznie Ci się nie chce. Jak się do tego zmuszasz?
– Jak? – nie rozumiem. – Wcale.
– Jezu, wszystko przychodzi Ci tak łatwo!
– Nie, źle mnie zrozumiałeś. Jeśli czegoś naprawdę mi się nie chce, to… nigdy tego nie robię.

Jeszcze dwa lata temu korzystałam z naręcza mobilnych aplikacji wieloplatformowych, żeby dotrzymać tempa swoim pomysłom i inicjatywom. Punktem kluczowym było to, że optymalne planowanie pozwalało obijać się do nieprzytomności, ale minusem tego było ekspresowe nudzenie się kolejnymi appkami. W rezultacie przestawałam ich używać, narastały nieodhaczone obowiązki, a wraz z nimi – poczucie winy. Postawienie każdego kolejnego systemu od nowa było niewiarygodnie męczące, przeradzało się zresztą w niekończącą się lekturę poradników i artykułów opisujących różne metody organizacji czasu. I tu najważniejsze przesłanie niniejszego tekstu:

Każda metoda planowania jest świetna, jeśli chcesz jej używać i używasz jej regularnie.

Ja od ponad 2 lat korzystam z Bullet Journala i nie wyobrażam sobie przebywać dalej niż w promieniu 5 metrów od niego. Obecny wygląda tak:

bullet1

Jasne, to zwykły zeszyt. W kratkę. Wybrałam go sobie w papierniku na przecenie. Ale masz prawo prowadzić BJ w swoim Moleskine z limitowanej edycji ze Star Wars czy Kubusia Puchatka. Szanuję to. A co jest w środku?

Bullet Journal – Podstawy

W dużym skrócie BJ to jedna wielka lista To Do (rzeczy do zrobienia), opatrzona datami i w jednym miejscu, by nic nam nie umknęło. Siłą tego systemu jest możliwość jego kustomizacji. Podstawowe założenia bullet journallingu (po angielsku, protoplasta systemu, do przeczytania tutaj) to Rapid Journalling (Szybkie Spisywanie):

  • piszesz dzisiejszą datę
  • pod tą datą wypisujesz wszystko co masz do zrobienia z okienkami dowolnego kształtu po lewej stronie, możesz też zwątkować (zrobić wcięcie) dla podzadań, które wchodzą w skład większych projektów (to to tzw. bullety)
  • dodajesz w razie potrzeby signifiers (znaczniki)
  • zabierasz się do roboty i zakreślasz okienka
  • powtarzasz to zawsze pod nagłówkiem kolejnej daty jak tylko zaistnieje taka potrzeba

bullet2

Prostota tego systemu i fakt, że musimy prowadzić go ręcznie, stanowi jego siłę i słabość jednocześnie. Siłą jest konieczność zwiększonej precyzji i prioretyzacji – w appkę łatwo coś zapisać i nie przejmować się tym więcej. Raz zapisana ręcznie rzecz zostaje z nami. Niezrobiona nie przepadnie w mrokach pikseli – będzie wymagała przeniesienia lub wykreślenia (rezygnacji z danego przedsięwzięcia).

Bullet Journal – Rozszerzenie

Ten prosty system jest o tyle genialny, że dostosujesz go do każdej potrzeby. Do BJ możesz dorysować, dopisać czy dokleić dowolne wspomagacze planowania (np. Pingadex, który sam w sobie jest mutacją Chronodexu) lub też podeprzeć się jakąś metodą organizacji czasu w jego planowaniu. Sam autor metody zaleca na przykład następujące modyfikacje:

  • ponumeruj strony, dzięki temu na pierwszej lub ostatniej stronie możesz zrobić indeks / spis treści
  • poszczególne strony przeznać na tzw. „zestawy” lub „tematy”. U góry napisz hasłowo jakiś tytuł np. „Książki”, „Prezenty na święta”, „Sesja zimowa”, „Tematy na bloga” i zamiast (lub oprócz) posiadania bulletów pod datą, wpisuj je tematycznie
  • dodaj strony całoroczne (podziel 2 sąsiadujące strony na 12 pół, et voila) lub całomiesięczne (daj w nagłówku nazwę miesiąca i z góry na dół wypisz numerki dni) – dzięki temu łatwiej Ci będzie planować długofalowo (świetny tekst o tym, jak to robić trzasnął niedawno Andrzej Tucholski, więc odsyłam do niego!)

Ale to oczywiście nie koniec. Ja zobaczyliście wyżej mój zestaw znaczników i oznaczania bulletów jest tylko i wyłącznie mój, przycięłam go do swoich potrzeb. Pod nazwą miesiąca mam na przykład „monthly log” – minikalendarzyk, który zaciemniam w miarę upływu dni:

bullet3
Październik nie był dobry dla planowania. Ale to, co przeskoczyło na styczeń świetnie się odhacza. 😀

Na ostatniej stronie mam też tabelkę Monthly Tasks, rzeczy, które koniecznie muszę odhaczyć co miesiąc – wszystko od zapłacenia za mieszkanie i ZUS, aż po datę miesiączki (Można? Można!). A zainspirowana środowiskiem entuzjastek – bo to głównie kobiety, rękodzielniczki, nauczycielki, freelancerki – ozdabiam też niektóre strony rysunkami, naklejkami, ozdobnymi taśmami washi. Ostatnio dowiedziałam się, że w Ameryce nowym trendem jest uczenie się eleganckiej kaligrafii, żeby tworzyć coś estatycznie wyjątkowego oraz powołać do życia rytuał wokół codziennego przeglądania i aktualizowania BJ.

Wymiany poglądów i pomysłów doprowadziły też do ciekawych mutacji, z których najmłodszą i najciekawszą jest chyba metoda Strikethru – nie pasuje do mnie, ale może do kogoś przemówi. A przynajmniej podsunie konstatację, że faktycznie NIE MA JEDNEJ DOBREJ metody na journalling – ważne by znaleźć swoją i w wyniku prób i błędów, dopasować ją do siebie, a potem konsekwentnie ją egzekwować.

 

Wierzę, że i na Ciebie czeka taka metoda. Jeśli jesteś osobą zakręconą na punkcie planowania i refleksji, chętnie pogadam na fejsie albo wymienię parę maili. Jak do tej pory, każdy z kim rozmawiałam rzucał nowe światło na to zagadnienie.

W świat z tym! Tweet about this on TwitterShare on Facebook7Share on Google+0Share on Reddit0Share on LinkedIn0Pin on Pinterest1Print this pageEmail this to someone
  • Dominika

    Ja kilka miesięcy temu zaczęłam robić Done lists zamiast To-do lists. Co prawda nie pomagają one szczególnie w planowaniu. Są natomiast świetne do motywacji, której mi bardzo brakowało!
    Też założyłam zwykły zeszyt w kratkę. Po prawej stronie piszę zawsze dzisiejszą datę, a po lewej wypisuje rzeczy, które zrobiłam. Od jakichś dużych rzeczy po takie naprawdę błahe, jak powieszenie prania. Pod koniec dnia datę oznaczam kolorem, który określa stopień produktywności danego dnia. Pod datą zaznaczam też zakreślaczem swój nastrój w ciągu poranka, dnia i wieczora w formie trzech kolorowych krateczek – każdy kolor oznacza jakiś nastrój (neutralny, wesoła, smutna, zła, etc). Pod tym zaznaczam też czy danego dnia się rozciągałam literką „R”, czy nie jadłam słodyczy po godzinie 16 literką „S” i czy nie jadłam ogólnie po godzinie 21 literką „J”.
    Zdecydowanie polecam wszystkim, którzy mają problemy z brakiem motywacji i problemy z wahaniem nastrojów: ja np. dzięki pomocy mojego dzienniczka zauważyłam, że jak mam produktywniejszy dzień, to zazwyczaj mam też lepszy humor.

    • Megaciekawe! Dla mnie BJ też przedstawia taką wartość, bo widzę, że coś odkreśliłam i potem nie wyrzucam jakiejś listy na karteczce samoprzylepnej, tylko mam cały zeszyt takich skreślonych zadań. Ciekawe podejście, chociaż wydaje się równie, jeśli nie bardziej motywujące. Tak trzymaj!

  • uwielbiam tę metodę. Poznałam ją jesienią ubiegłego roku. Już kupiłam planner na 2016, ale w przyszłym roku chyba przerzucę się właśnie na zwykły zeszyt. Wydaje mi się wygodniejszy i ma więcej miejsca.

  • Zabawnie, stosuję tę metodę odkąd tylko pamiętam, a nie wiedziałam, że się tak nazywa 🙂 Tworząc swój planer w pewien sposób właśnie miałam ją ciągle z tyłu głowy.

    • Mam tak samo! Prowadzę podobny zeszyt nie wiedząc że ktoś nazwał to jakąś metodą 😉 a już liczyłam na coś bardziej odkrywczego

      • Dokładnie 😉 To w sumie nic odkrywczego, ale podziwiam osobę, która ujęła to w ładną ideę i pewnie sprzedaje sporo poradników czy zeszytów do tego.

  • doskonałe w swej prostocie:) przymierzam się.