27 listopada 2015

Czy bloger zawsze pisze o sobie?

Jest trzecia nad ranem, mrok, żaden tam letni, szary półświt. Na twarzach mamy konsternację.
– Dlaczego dowodem przeciwko Tobie miałby być artykuł na blogu, ale czyjś wpis na facebooku już nie?
– Bo post na fejsie jest prywatną opinią, a artykuł to już jest public statement.
– Dlaczego nikt się nie zapytał czyj tyłek osłania bloger?

Tak, bloger to jakiś typ dziennikarza. Szafiarka proponuje stylizacje zgodne z własnym gustem i wizją, bloger kulinarny pokazuje, co udało mu się ugotować, recenzent opowiada o swojej opinii dotyczącej gry, filmu, płyty itd. Ale czy to jest domena dobrego blogera? I co wtedy począć z blogerami lifestlowymi, biznesowymi czy społecznymi? Oni chyba nie piszą o sobie…

reflectionPhoto by Thomas Leuthard under Creative Commons

Blogera od dziennikarza różni jedna rzecz. Ta rzecz to jego gęba, wręcz gombrowiczowska, którą inni mogą wycierać sobie twarz. Dziennikarz zazwyczaj ma nad sobą redakcję, z redaktorem naczelnym no… na czele, a nadto brand danej gazety, portalu czy stacji radiowej lub telewizyjnej. Zanim ludzie doprawią mu mordę, jest długa kolejka osób po drodze. Chyba, że jednocześnie jest się osobistością w internecie , która do własnej bramki gra, jak Jarek Kuźniar (widzieliście już akcję #ryjkuzniara na HejtStop?). Stąd złota i ważna rada Krzysztofa Gonciarza do wszystkich młodych (niekoniecznie wiekiem, ale przede wszystkim stażem) twórców:

Każdy początkujący prezenter musi odnaleźć swoje wirtualne alter ego. Może ono wyglądać tak samo jak on, tak samo się nazywać i być w istocie tą samą osobą – jego sceniczną osobowością. […] Sceniczna osobowość jest potrzebna, b oderwać się od swoich ograniczeń i nabać większego dystansu do własnej twórczości – dystansu, który jest bardzo potrzebny do pracy w Internecie. […] Na kogokolwiek chcemy się w sieci wykreować, musimy się nim po części stać naprawdę […].

WebShows. Sekrety wideo w internecie. Krzysztof Gonciarz, str. 45-47

Najlepsi z nas nie są w stanie 24 godziny na dobę krzesać z siebie tego nadmiaru emocji, który chcemy wzbudzić w Was, w Odbiorcach. Czasem wystarczy nam do tego druga osoba, która przygotuje z nami materiał lub udzieli wywiadu. Czasem ta osoba czuje się zbyt krucha, żeby stanąć w świetle reflektorów, nawet tak bladych jak stuosobowa publika. Wtedy to moja gęba musi to wziąć na siebie i pokazać to światu, bo to wartościowe.

Każdy z nas ma wartościowy głos. Nie każdy ma wyćwiczoną krtań i zahartowaną mordę do bicia.

Przykład pierwszy z brzegu? Moje nawoływanie do badania się na obecność wirusa HIV. Czy jestem chora? Nie. Czy podejmuję ryzykowne zachowania seksualne? Nie. Czy inna niż heteroseksualna orientacja zwiększa ryzyko zachorowania na AIDS? Już nie (*). Czy znam ludzi HIV-pozytywnych? Tak. Czy są mi bliscy? Aż nazbyt. Czy kiedykolwiek pokażę ich palcem? Nie, nigdy, chyba że sami o to poproszą.

Dla mnie dobry bloger pisze o wartościach. Najlepiej tych pozytywnych, inspirujących do zmiany na lepsze. Jeszcze lepiej, jeśli sam je reprezentuje. I pisze o nich własnych głosem. Co z tego, ze czasem cudzą historią?..


 

(*) o czym zapewniano mnie dość dotkliwie na jednej z konferencji prasowych podczas poznańskiego Pride Week 2015, po mojej wypowiedzi, że dla mnie wychodzenie z szafy to jak podawanie informacji medycznej, jak ta o mojej cukrzycy.