21 grudnia 2014

Dlaczego hipsterzy są najmniej „fajną” mniejszością?

Koleguję się (wybaczcie, że nie użyję hurraoptymistycznie dużego słowa: Przyjaźń) z reprezentantami wielu mniejszości. Oczywiście, po części dlatego, że do niektórych należę – to normalna kolej rzeczy, że człowiek szuka znajomych wśród podobnych sobie. Ale dzisiaj dopadła mnie pewna refleksja: niespecjalnie przebywam wśród hipsterów. Dotarł do mnie też powód. I nie było to mieszkanie w Poznaniu.

Jest pewna cecha, niejako wrośnięta w bycie w Polsce Żydem, lesbijką czy weganinem. Doskonale to w „Wyznaniach maski” ujął Yukio Mishima:

[I]nni chłopcy nie mieli takiej potrzeby zrozumienia siebie jak ja: mogli być swoimi naturalnymi „ja”, podczas gdy ja musiałem grać rolę, co wymagało znacznej zdolności pojmowania i badań.

Bycie w mniejszości, nawet niespecjalnie prześladowanej (nikt specjalnie nie dyszy nienawiścią do wegan czy rudych), wyrabia pewien nawyk. Umiejętność bycia zamazanym, niewidzialnym, wtopionym w tło, gdy trzeba. Wyrabia całą gamę zachowań obronnych: wyparcia, obracania w żart, ucieczki, konfrontacji. Ale niezależnie czy taki się urodziłeś (czarnoskóry czy homoseksualny), czy przynależność do mniejszości to świadomy wybór (ateizm, wegetarianizm) albo zrządzenie losu (niepełnosprawność) – zawsze musisz tę cechę wpasować w swoje jestestwo.

Chcesz być zrozumiany i chcesz być zrozumiany dobrze, uczysz się więc dyskutować, rozmawiać, nazywać swoje racje. Wpadasz czasem w sytuacje konfliktowe, zatem opanowujesz repertuar zachowań w miejscach mniej i bardziej bezpiecznych. Nadto, z większą zaciekłością poszukujesz modeli, idoli dla siebie. Wpasowanie się w tkankę społeczną nie jest dla Ciebie naturalne, bo nie robisz tak, jak większość, nie idziesz z prądem.

Dlatego lubię ludzi z mniejszości. Mi nie trzeba przypominać, że różnorodność istnieje i ma się dobrze – jak w stereotypie trzeba przypominać białemu, heteroseksualnemu mężczyźnie wyznania katolickiego w Polsce. Ale imponuje mi refleksja, inteligencja, coś niezależnego od literek przed nazwiskiem, co wymagane było by dożyć dziś dnia – samoświadomości, nazywania rzeczy po imieniu, namysłu, kreatywności. Ci ludzie nie są nieszablonowi, BO są np. gejami, ale PRZEZ TO, że nimi są. Że jakoś musieli sobie z tym poradzić, nie gadając z matką czy panią od matematyki, bo te nie umiałyby im pomóc w pewnych kluczowych kwestiach.

Hipsterzy zaś poszli z prądem, nie było trudno zapuścić brodę i wybrać coś dziwnego z ciuchlandu. Nie dorastali do tej decyzji, nie czai się za nią żadna postawa, co najwyżej zblazowana kontestacja. Łatwo odnaleźli wzory i nikt się o nich nie upomniał w gimnazjalnej szatni ani z ambony w kościele czy Sejmie. Za dwa lata zostanie im z tego doświadczenia być może poczucie wyrafinowanego smaku, nic więcej.

Dlatego wolę moich „szurniętych” znajomych. Bo zmiana perspektywy nie krzywdzi, nie burzy ładu społecznego, nie powoduje globalnego ocieplenia – ona zawsze rozwija.