9 listopada 2014

Gdzie jest lepiej: na barykadzie czy za nią? (polemika)

Disclaimer: poniższy post to pełna wątpliwości polemika mająca swój początek w poście Karola o Donatanie.

Zawsze kiedy oglądam się za siebie, jakby czasoprzestrzennie spoglądam w dół. Byłam niższa i byłam niżej. I byłam gorsza. Byłam członkiem lub sympatykiem tylu grup mniejszościowych, że nakręcenie o mnie filmu skutkowałoby postacią zupełnie niewiarygodną z punktu widzenia widza. Totalnie przegiętą i przesadzoną. Ale każdy kolejny krok niósł mnie wyżej i podnosił moje czoło. Problem polega na tym, że to nie były szczeble kariery (i ten szklany sufit!) ani wycieczka w góry. Problem polega na tym, że stąd gdzie stałam, jedyna droga w górę była na barykadę.

Kiedy po raz pierwszy szłam na poznańską Paradę, byłam niewyoutowana w domu, a rodzicom powiedziałam, że muszę mieć zdjęcia z tego eventu. Przerażały mnie wielkie konie policji, dudniły w żołądku bębny anarchistów, nie krzyczałam, ze spłoszonym wzrokiem wtapiałam się w sam środek bezosobowej, tęczowej masy, zaciskając tylko szczęki, kiedy grupy kibiców na trasie krzyczały o zakazach pedałowania. Wtedy nikt ich jeszcze nie legitymował. Wtedy organizatorzy jeszcze nie przypominali „Rozchodźcie się w grupach do domu, dziękujemy policjantom za wspaniałą współpracę!”.

Od tamtego czasu poznałam masę osób, które nie są heteroseksualne. I miałam jedną przewagę nad nimi wszystkimi – nie umiałam potraktować ich wielkimi kwantyfikatorami, po prostu nie potrafię (pamiętacie, socjopatia?). To było tylko dopisywanie określeń, z którymi identyfikowali się werbalnie do moich mentalnych list: „Konrad. Homoseksualista. Katolik. Punk. Nie lubi pączków z ajerkoniakiem. Ogląda Almodovara. Wychowywał go ojciec i macocha.” I tak dalej, w tym tonie.

Byli tam ludzie, których spotkała przemoc fizyczna lub psychiczna, byli tacy, którzy mieli szczęśliwe dzieciństwo, a potem dostali się na upragnione studia lub do wymarzonej pracy. W istocie, znacznie częściej zdarzało się, że każdy człowiek, niezależnie od płci, wieku, orientacji, wyznania czy pochodzenia, przechodził przez pasmo lepszych i gorszych chwil oraz inne wypracował sobie mechanizmy obronne. Z perspektywy barykady można oberwać kamieniem, ale też widok jest lepszy.

Ej, wy,
ludzie psy,
brudna wasza maść
Ej, będziemy dziś
spokój ludziom kraść

Kundle, odmieńcy,
śmieci, wariaci,
obywatele degeneraci
ej, duszy podpalacze,
róbmy dym

Wbrew temu, o co posądza mnie część moich tęczowych znajomych, nie jest tak, że jak się wdam w bójkę w okolicznym parku czy jak pokrzyczę na mediach społecznych, że jesteśmy, to uważam siebie za lepszą, a ich za gorszych. Nie jest też tak, że „powinnam rozluźnić poślady” – kiedy jestem bezpieczna, reaguję śmiechem i niewybrednym żartem, kiedy czuję się atakowana, nie ustępuję. Rozumiem, że wielu homoseksualistów NIE CHCE adoptować dzieci („Jednym z największych plusów pedalskiego seksu jest to, że może czasem to ewentualnie grozi STD, ale nigdy ciążą” jak ujmował to jeden z moich znajomych). Rozumiem, że nie wszyscy chcą brać udział w szopce pod sztandarem kościelnego ślubu. A pijąc do Donatana i jemu podobnych, ROZUMIEM, że po kimś spływają jego homofobiczne komentarze, a także, że czym innym jest śpiewanie, że my, Słowianie jesteśmy zajebiści (chociaż można by to bardzo prosto z pełnej humoru piosenki z fajnym teledyskiem, zamienić w oręż prawicowych nacjonalistów), a czym innym jeżdżenie po transseksualistach (zauważ wszak, że inaczej oceniał(a)byś sprawę mamy Madzi, Chazana czy Leppera właśnie w zależności od głoszonych przez nich poglądów „prywatnych”).

Z perspektywy barykady to wygląda tak, że jeśli stoisz na dole, nie musisz mieć tęczowego piórka w dupie, nie musisz mieć skórzanych uprzęży, nie musisz być rozwiązły ani monogamiczny, nie musisz zgolić połowy łba ani nosić labrysu na łańcuszku. Możesz nawet puszczać głośno muzykę i nie słyszeć co się dzieje po drugiej stronie, to może Ciebie bezpośrednio nie dotyczyć. Niezależnie czy to jest barykada broniąca racjonalizmu przed wpływem fundamentalizmu religijnego, feminizm przed patriarchatem, queerów przed zaplutymi jadem heteronormatywistami, naprawdę nieważne.

Ale, do stu parszywych chryzantem, nie ściągaj mnie z barykady, nie odbieraj mi sztandaru!! Tamci nie są w nastroju na popołudniową herbatkę i przez mur przełażą szybciej niż karaluchy.