3 czerwca 2014

Czy esperanto ma swoją kulturę?

Mam wielu znajomych i przyjaciół, dla których języki obce to ładny kawał życia – jednym z nich jest zresztą czytelnik niniejszego bloga, co pomaga mu się uczyć języka polskiego (nie wiem, czy to najlepsze źródło, stary!) – Randy Hunt. Jakież było moje zdziwienie, kiedy niedawno w jednym z wywiadów powiedział, co następuje:

I have no use for constructed languages – Esperanto, Ido, Klingon, Interlingua, etc. These languages have no native culture. They are the very definition of language used purely as a tool.
– (możecie przeczytać resztę wywiadu na stronie Smart Language Learner)

Coś we mnie zafalowało i fuknęłam ze złością. Nie ma? Esperanto nie ma?! O TYY! Przecież jesteś nadprzęciętnie ogarniętym facetem, skąd ten dziwny pogląd, skoro zazwyczaj się zgadzamy w tak wielu sprawach? Ale potem szybki rekonesans wśród znajomych i mniej znajomych – i co moje piękne uszy słyszą? To samo! Okazało się, że sprawa nie jest tak oczywista, jak mi się z początku zdawało.

teni-trankviligi-kaj-paroli-esperanto
Design ten można nabyć na stronie Keepcalm-o-matic po kliknięciu w obrazek.

Większość Polaków o esperanto, co pocieszające, słyszała. Nic dziwnego, Ludwik Zamenhof, jego ojciec, od którego pseudonimu język został nazwany (Esperanto znaczy Ten, Który Ma Nadzieję w tymże języku), był naszym rodakiem. Ale według wielu to utopijna idea, która była piękna… była, po czym się zmyła. Teraz nikt go nie używa i nie ma sensu się go uczyć (z tym poglądem polemizowałam gdzie indziej).
Zresztą jeśli dla kogoś 2 miliony to „nikt” to przypominam, że np. łotewski ma mniej mówców, a norweski niewiele ponad dwa razy tyle. No i jak się na 7000 istniejących języków ma 32. największą Wikipedię, to jednak coś jest na rzeczy…

Ale czy esperanto ma kulturę, w dodatku natywną?

Kultura, to według interesujących nas definicji:

2. materialna i umysłowa działalność społeczeństw oraz jej wytwory;
3. społeczeństwo rozpatrywane ze względu na jego dorobek materialny i umysłowy;
SJP.pl

O kurczę, to esperanto ma w ilościach przerażających i jeśli przez „natywne” rozumiemy takie, które powstały najpierw w tym języku, to ooo, natywne bardzo!

Po pierwsze, esperanto wytworzyło wokół siebie silne poczucie przynależności grupowej, a każdy, kto się tego języka nauczył i go używa, nazywa się esperantystą. Dla porównania, ktoś, kto mówi po polsku nie nazwie się polonistą i nie zawsze nazwie się Polakiem. Nie każdy użytkownik języka japońskiego to Japończyk lub japonista. Ale esperantyści to silna świadomość przynależności od pewnego stopnia zaawansowania. Mają swoje symbole, flagi, herby i sztandarowych, znanych esperantystów. Może ktoś widział taką zieloną flagę z gwiazdą? Jak nie, jest pod hasłem Esperanto w Wikipedii. Można tam nawet znaleźć namiary na asteroidę Esperanto. A co wy macie, Amerykanie, nazwane po swojej kulturze? Pierwiastek?! I pewnie występuje w zatrważających ilościach w przyrodzie, co? Taki jest natywny, hm?

Po drugie esperanto jest z nami dłużej niż niektóre współczesne języki (na przykład…. czeski czy nikaraguański język migowy. Oba naturalne.) Niewiele krócej niż same Stany Zjednoczone, jeśli wolno mi być złośliwą, a jednak nikt nie podważa faktu istnienia kultury amerykańskiej czy American English. Ale spoko, esperantyści nigdy nie szli z nikim na wojnę, więc może dlatego. Pokolenia się zmieniają co i rusz, mamy w tej chwili na świecie od 1000 do 2000 osób, dla których esperanto jest absolutnie pierwszym językiem, w którym się wychowali i mówili swoje pierwsze słowa (i z pewnością nie było to patrino – mama ;)). Znam nawet parę lingwistów w Poznaniu, oboje są związani zawodowo z UAM, którzy porozumiewają się w domu w esperanto, bo nie znają wzajemnie swoich ojczystych języków! Nie umiera też idea uczynienia go jednym z oficjalnych języków Unii Europejskiej.

Po trzecie, wytwory kultury esperanckiej są namacalne i obecne w naszym codziennym życiu. Moim ulubionym przykładem jest słynny napój gazowany, Mirinda, co w esperanto znaczy „cudowny”, „wspaniały”. Poza tym mamy wszystko czego chcieć może kulturalny człowiek. Muzykę – moje ulubione kawałki to „Jen” („Oto…”) – chyba pierwszy kawałek jaki usłyszałam w tym języku, „Ĉu vi volas danci?” („Chcesz zatańczyć?”), który co prawda jest tłumaczeniem, ale człowiek naprawdę CHCE oraz „Preferindus”, bo bębenki i trąbki mnie biorą – a to wszystko i wiele więcej można posłuchać w radiu, jak ktoś lubi. 24/7 nadaje na przykład internetowa stacja Muzaiko. Mamy książki, od nowelek typu „Ŝi estas mia amiko” (<50 str., z 2005), przez wiersze („Lokomotivo” znana wszystkim jako „Lokomotywa” Tuwima, jak językoznawcza wieść gminna niesie, powstała w oryginale w esperanto, bo Tuwim stał murem za ideą języka uniwersalnego… no i kto natychmiast nie rozpozna tłumaczenia „Litvo! Patrujo mia, simile al sano!..”?) po wielkie podróżnicze knigi typu „Vojaĝo en Esperanto-Lando” (z 1992, ok. 300 str.). Na tym nie koniec, są filmy (chociaż marne i w większości edukacyjne lub dokumentalne – z czego moim ulubionym jest „La Universala Lingvo” Sama Greena z 2011), są ikony kultury dziecięcej – np. zielony ufoludek Zam – oraz młodzieżowej – Ana Pana z Nowego Jorku (kurs, od którego zaczyna znakomita większość współczesnych esperantystów), a naaaawet gry komputerowe! Tu ogromny shout out do Rachel „Moosader” Morris, która jako pierwsza pokazała mi świat esperanckich gier, sama je bowiem koduje.

Jeśli to nie jest natywna kultura, to ja nie wiem, co jest. Być może to nie jest tak, że tylko kultura może kreować język, ale istnieje też silna przeciwna zależność i język kreuje kulturę? Często można usłyszeć rozprawy na ten temat w podcaście Davida Mansaraya, Language is Culture, fantastycznie dobrani goście, polecam, Mizuu approved. Ale wracając do konfliktu język-narzędzie-kultura z wypowiedzi Randy’ego: narzuca mi się porównanie z kulturą Apple. Produkty tej firmy, jak i zapewne wielu innych, nie tyle były narzędziem, wytworem kultury, ale też wytworzyły pewną kulturę i styl życia wokół siebie. Jeśli argumentem przeciw kulturze esperanckiej ma być fakt, że jest rozproszona geograficznie, wtedy odmawiamy też kultury Głuchym (Deaf culture to silny ruch, dla nieuświadomionych). Jeśli to, że jest młoda, Amerykanie nie powinni jako pierwsi rzucać kamieniem. Jeśli zaś fakt, że nie wytworzyli specyficznych dla siebie przepisów kulinarnych i architektury, to… fakt, trochę się poddaję. Ale to nie jest moje ostatnie słowo!