20 kwietnia 2014

Kogo można wyprosić z tramwaju?

Musimy wysiąść. – mówię do kolegi desperacko.
Mam 17 lat i ledwie stoję na nogach w przepełnionym autobusie, którym odwozi mnie do domu. Za niecałe 5 minut od teraz wytoczę się na przystanek, zwymiotuję na trawnik i usiądę obok, niezdolna wstać, blada jak kreda. Przechodzący obok z zakupami pan zostanie zmuszony groźbą i prośbą by odwieźć mnie natychmiast do szpitala. Pierwszą rzeczą w szpitalu jaką się zainteresuję będzie czy ktoś może pojechać to posprzątać, bo ani to przyjemny widok, ani zdrowe to – w środku mogą być bakterie, wirusy… prędzej bym umarła niż zwymiotowała w autobusie. To środek publicznego transportu, zagrożenie epidemiologiczne, koszty dla miasta większe niż w przypadku losowego trawnika no i…

Przywołuję tę historię, bo w moim rodzinnym mieście, Poznaniu, rozgorzała ostatnio dyskusja czy można wyprosić bezdomnego z tramwaju. W chwili gdy piszę te słowa, 91% osób, które zdecydowało się zagłosować w ankiecie, twierdzi, że tak.

image

Czy poznaniacy są nieczułymi sukinkotami, którzy muszą pogrążyć tych, którym gorzej? Bynajmniej. Mają rację. I nie chodzi tu wcale o bycie bezdomnym. Chodzi o mocne poczucie tego, co jest miejscem publicznym i jak należy się w nim zachować. Niezależnie od Twojej płci, orientacji, wyznania, koloru skóry, statusu mieszkaniowego, przynależności etnicznej et caetera, jeśli uprzykrzasz życie innym w miejscu publicznym nie jesteś mile widziany i uprasza się, żebyś sam to miejsce opuścił.

Palić, pić, uprawiać seksu czy zażywać narkotyków nie wolno w komunikacji miejskiej i jej przystankach, w kościołach, teatrach, kinach, ba!, nawet w wielu knajpach. Argument „Przecież bezdomny ma ważny bilet i komunikacja jest dla wszystkich!” można łatwo zbić analogią – opera czy teatr też są dla wszystkich, ale nie wyobrażam sobie, żeby bileter wpuścił na widownię osobę skrajnie nieumytą czy, pardon le mot, zarzyganą. Dalszy argument z cyklu „nie ma domu, nie ma zatem gdzie się umyć” w moim mieście jest po prostu śmieszny. Nie tylko działają u nas różnego rodzaju przytułki i przykościelne organa gdzie dostęp do łazienki jest – co prawda na warunkach dla wielu nie do przeskoczenia, pod tytułem „Nie wolno tu wnosić ani spożywać alkoholu” – bezdomni także do perfekcji opanowali miastowy system publicznych łazienek i toalet w miejscach takich jak centra handlowe, szpitale, kościoły, czy, o zgrozo, knajpy.

Nie mam też nic przeciwko temu, żeby tramwajami jeździła inna, często atakowana w Poznaniu grupa, mianowicie Romowie. Pod warunkiem, że jeżdżą „po bożemu”, z biletem, a nie z dwójką małoletnich, rodzinnie napierniczając na akordeonach tak, że nie słyszę osoby, która siedzi obok, w dodatku przeprowadzając nielegalną zbiórkę pieniędzy. Proszę, niech w czasie mszy wejdą z akordeonami do katedry, zobaczymy jacy jesteście miłosierni i jak nikt ich nie wyprasza. To też otwarte, publiczne miejsce, dla wszystkich. W dodatku nie trzeba płacić za wstęp.

Najgorsze z tego wszystkiego jest fakt, że chociaż odpowiedź na pytanie w temacie jest w gruncie rzeczy prosta, ogromnie trudna jest odpowiedź na kolejne: Co dalej z… wykluczonymi? Zapominamy, że odmawiając prawa bezdomnym do jeżdżenia tramwajami, homoseksualistom do odwiedzania się w szpitalu czy niepełnosprawnym lub imigrantom do edukacji w przystosowanych do nich klasach i grupach, nie potrafimy zapewnić sobie społecznej różnorodności. Sami sobie odmawiamy prawa do braku marnotrastwa, do zrównoważonego rozwoju. Przyznajemy się do bezsilności albo obojętności wobec zintegrowania wszystkich do jakże humanistycznej zasady wzajemnego poszanowania siebie i naszej wspólnej własności.

No i co teraz…?

—-
Fotografia na górze pochodzi stąd.
Jeśli komuś mało, przypominam, że można mnie znaleźć na przykład na twitterze czy youtubie.