10 lutego 2014

Co w istocie powinien recenzować recenzent filmowy?

Disclaimer:
Poniższy tekst ma charakter refleksji i jeśli coś krytykuje, to zjawisko raczej niż poszczególnych ludzi, w związku z tym linki zostały ograniczone naprawdę do minimum.

Nie jestem kinomaniakiem, zawsze przedkładałam słowo i nieruchomy obraz – malarstwo, plakat, fotografię – nad obraz ruchomy i żal mi było czasu na filmy pełnometrażowe, nie mówiąc o serialach. Wychowałam się na dobrej kulturze animowanej – przez świetne kino japońskie (studio Ghibli, Ghost in the Shell czy Armitage III) po stary Cartoon Network i Nickolodeon. Dopiero na studiach mój najlepszy przyjaciel mi uświadomił, że zaniedbywanie tej gałęzi kultury jakoś nie uchodzi i „Jak to nie widziałaś ‚Czasu Apokalipsy’?!” Adrianie, pozdrawiam.

Nadrobiłam więc „Fight Club”, zakochałam się w Bogarcie i do tej pory przeżywam traumę po „Chwała dziwkom”. Przestudiowałam życiorys Cybulskiego, spędziłam całe wieczory z muzyką Danny’ego Elfmana oraz dowiedziałam się kim jest Martin Scorsese. Chociaż nadal daleko mi to konesera, nawet po przebrnięciu przez tak specyficzne produkcje jak „El Topo”, „Amour”, „Chinmoku” czy „Ken Park” (wiecie co to IMDb, zachęcam), polubiłam kino i całą jego otoczkę. Nie mam oporu przed multipleksem ani kinem studyjnym, a już na pewno nie przed butelką wina na poddaszu z laptopem.

Siłą rzeczy zależało mi na tym, żeby czegoś więcej się dowiedzieć, poznać opinie moich znajomych i innych ludzi, których szanuję. Oprócz wieczornych rozmów nad herbatą i przerw między wykładami, sięgnęłam oczywiście do internetu. Jednak szybko się okazało, że absolwentów szkoły pisania Tomasza Raczka nie uświadczymy zbyt wielu, szczególnie w polskiej blogosferze. Nie zniżyłabym się przecież do poziomu przysłowiowych komentarzy na onecie.

Blogów, vlogów i stron z recenzjami ci u nas dostatek. Alright. Ale wydaje mi się, poprawcie mnie, jeśli się mylę, że powinny one serwować coś innego niż ubrany w rozwleczone nadmiernie zdania guzik „Like” z obutą w niebieski mankiet dłonią. Jeśli chcesz być recenzentem, przeczytaj książkę, której film jest adaptacją, a nie dziw się, że akcja „Pod Mocnym Aniołem” jest mocno poszarpana. Recenzent nie tylko powie mi, że Leo di Caprio jest przystojny, ale czy już wcześniej pracował z tym reżyserem i ile razy dostał nominację, ale nie dostał Oscara – no i czy ta rola to w końcu TA, która na niego zasługuje. Chcę interpretacji kondycji ludzkości w kontekście „Her” („Ona”), chcę przypomnienia nawiązaniem do czego jest scena biegu przez muzealne korytarze w „Marzycielach” i co to za obraz tam wisiał; może moja ignorancja sprawiła, że pominęłam istotny, wymowny szczegół, zamierzony przez reżysera – kto jest tym czarnoskórym, leworęcznym basistą przyrównanym do Boga?

Mówienie, że Twoją rolą jest zrecenzowanie filmu i odnajdywanie dumy w bezstronności, na którą pozwala ci brak znajomości literackiego pierwowzorów przypomina mi kulturę picia pod wpływem, tak popularną w krajach post-radzieckich. To jest postawienie priorytetów na głowie. We współczesnej popkulturze łatwo się zagubić, nie mówiąc o tym, że nurt tej rwącej rzeki ma coraz szerszą deltę – ludzkość tworzy nie tylko więcej, ale i lepiej zakonserwowanej sztuki w każdej sekundzie. Chcesz być dobrym recenzentem – naucz mnie czegoś nowego o tym filmie, pokaż mi jego kontekst historyczny, nawiązania do dzieł (szczególnie tych nie będących filmami), powiedz nie tylko, że ci się podobało, ale naprawdę uzasadnij dlaczego. Inaczej może lepiej będzie, żebyś postował komentarze na filmwebie i to wystarczy?

Jak chcesz o tym podyskutować, to możesz to zrobić zarówno w komentarzach, na moim twitterze czy elsewhere.