3 stycznia 2014

Czy technologia uratuje polską edukację?

W każdą sferę życia wepchnięto nam już procesy digitalizacji (=sprowadzanie danych analogowych do postaci cyfrowej), cyfryzacji (=j/w), technicyzacji (=wprowadzanie ułatwień przez implementację urządzeń cyfrowych), komputeryzacji (=umożliwenia korzystania z urządzeń typu komputer w działaniu), grywalizacji (=inkorporowania elementów z game design do podniesienia indywidualizacji i zaangażowania użytkowników/uczniów w kształtowanie pożądanych zachowań np. zdobywania informacji) i wirtualizacji (=użycie oprogramowania w celu stworzenia wirtualnych zasobów). Wszystkie te -zacje miały mieć szeroki rozmach i wybawić naszą edukację z okowów nieudacznictwa.

http://www.bnd.com/

W grudniu gruchnęła wiadomość, którą wszyscy będą Wam wymachiwać przed nosami – Polska naprawdę dobrze wypadła w testach PISA! 14. miejsce w matematyce, 9. w naukach ścisłych, w czytaniu – 10.! Teraz szybko, kto wie ile krajów bierze udział w badaniu i jaki jest wiek badanych? Tak, 65 państw, a w nich przebadano 15-latków. Wiecie dlaczego tak daleko wypadliśmy w matematyce? Bo to test, który składa się głównie z pytań otwartych. Kto chce zobaczyć jak proste są odpowiedzi do pytań (ostrzegam, trzeba wiedzieć co to jest liczba pi i umieć rozwiązać zadania z pociągiem jadącym z …) na teście PISA, może zajrzeć do pytań przykładowych i zdziwić się dlaczego średnie Peru czy Indonezja wypadają grubo ponad 100 punktów niżej od naszych (a potem zdumieć się, dlaczego w naukach przyrodniczych dajmy na to, który posiada 6 poziomów zaawansowania, do 4 dobija ledwie 38% młodych Polaków, a potem jest jeszcze gorzej).

Czy zatem te dobrze wyposażone pracownie komputerowe, elektroniczne dzienniki, stały kontakt mailowy z uczniami i rodzicami, interaktywne tablice, nowoczesne projektory i szerokopasmowy dostęp do internetu w końcu sprawiły, że mamy lepiej radzące sobie w życiu, inteligentne i wszechstronne dzieci? Życie to gorzko weryfikuje, a wystarczy rzut oka na kilka blogów nauczycielskich i zobaczymy, że ani Dariusz Chętkowski, ani Grzegorz Lorek, ani Marcin Mały, ani prof. Bogusław Śliwierski, ani piastujący klucze do Pokoju Nauczycielskiego nie sypią słów pochwał na technologie w szkole. Nie sypią też gromów z nieba. Technologia to nie jest po prostu problem polskiej szkoły. 

I tu ciśnie się na klawiaturę parafraza z głośnego w mediach listu otwartego (manifestu?) prof. Hartmana:

Polska szkoła ma problem z rodzicami – nie z technologią!
Polska szkoła ma problem z kluczami egzaminacyjnymi – nie z technologią!
Polska szkoła ma problem z sześciolatkami rzucanymi od Annasza do Kajfasza – nie z technologią!
Polska szkoła ma problem z gender (do cholery!) – nie z technologią!
Polska szkoła ma problem z przeludnionymi klasami w spadku po pozamykanych szkołach – nie z technologią!
Polska szkoła ma problem z tradycjonalizmem – nie z technologią!
Polska szkoła ma problem z taśmową produkcją baranów – nie z technologią!
Polska szkoła ma problem z papierkologią – nie z technologią!

Ma też masę innych problemów, ale nie mamy całego dnia.
To wszystko sprowadza się do nadrzędnego problemu – odrzucenia dziedzictwa Korczaka: dzieci i młodzież przestali być ludźmi w polskiej szkole, a zaczęli być klientami, a w skrajnych przypadkach rzeczami, które próbuje się wepchnąć do równych pudełek. Najbardziej zgnębioną grupą w tej szarpaninie są nauczyciele: co rok muszą uczyć pod inne egzaminy, o których nic nie wiadomo do ostatniej chwili. Wpycha im się coraz większe klasy do coraz mniejszych sal. Muszą w nich pełnić rolę medyka (gabinet pielęgniarski i stomatologiczny w szkole dawno już zamknięto), opiekuna (po godzinach dorabia w świetlicy), sekretarki (góra dokumentacji jest nieproporcjonalnie wielka do tego, co ma dokumentować) i ochroniarza (szkoła w tym roku włączyła się do programów zerowej tolerancji dla przemocy, narkotyków, alkoholu, komórek i myślenia za siebie). Jeśli spróbuje wyjść poza podstawę programową, to w wielu szkołach musi liczyć się z konsekwencjami w obliczu hordy bluzgających na niego rodziców. Musi unikać tematów tak życiowych jak: demokracja, docenianie sztuki, rynek pracy, tolerancja. Nie może z uczniami porozmawiać o Harrym Potterze, bo satanizm, o grach komputerowych, bo przemoc, o homoseksualizmie, bo gender. Wszyscy muszą być spod igły i wiedzieć jak rozwiązać test, co to w odstępach trzyletnich musi zdawać każdy, najczęściej w formule pytań zamkniętych (w życiu pytania zamknięte to są tylko przy zgadzaniu się na warunki instalowania nowego oprogramowania – i chwila, czyżby nikt ich nie czytał?). Wakacje spędza na durnych szkoleniach (jedna wielka przerwa kawowa za pieniądze unijne najczęściej), weekendy nad zadaniami domowymi, dziennikiem elektronicznym, skrzynką mailową i sprawdzianami oraz nowymi rozporządzeniami ministra nt. dopuszczalnych i niedopuszczalnych praktyk w klasie.

Dużo żółci? Byłam po drugiej stronie biurka, przy tablicy. Rozmawiam też z uczniami na prywatnych zajęciach i w internecie. Czytam Kartę Nauczyciela. Widzę studentów kolejnych pokoleń. Słyszę szyderę rodziców. I na pewno prędzej czy później na No Easy Answers rozpatrzymy kilka z tych problemów z różnych perspektyw.

Technologia w obecnym kształcie mogłaby pomóc, gdyby nie trzeba było dublować dokumentacji cyfrowej w formie papierowej – i to ręcznie, zamiast ew. drukować w celach archiwizacyjnych. Gdyby przetargi na sprzęt były prowadzone nie przez dyrektorów, ale informatyków. Gdybyśmy zamiast załamywać ręce nad brakiem miejsca na tyle stanowisk komputerowych, wdrożyli tam gdzie to możliwe popularną na Zachodzie zasadę BYOD (Bring Your Own Device, Przynieś Własny Sprzęt), umożliwiając młodzieży kozystanie z ich tabletów, laptopów, smartfonów. Prawda, nie ma możliwości, żeby wszyscy mieli po równo – ale biedniejsze rodziny już teraz dostają wyprawki szkolne, doposażyć szkołę w 30 awaryjnych tabletów do wypożyczenia jest ZAWSZE tańsze niż cała sala średniej klasy PCtów. Gdybyśmy złamali lobby wydawców papierowych podręczników.

A rodzice, jeśli chcą mówić o tym, że sami będą wychowywać i kształcić swoje dzieci – niech wypełniają wnioski o homeschooling i się wykażą. Jak będą mieli jakieś pytania, bez obawy, będę tu i chętnie na nie odpowiem.

*****

Zbiegiem okoliczności, dzięki Karolinie (@sennicka) trafiłam po napisaniu tej notki na blog Dawida Adamka – w felietonie u siebie też rozpatruje problemy współczesnej, polskiej szkoły. Zajrzyjcie i tam.