28 grudnia 2013

Jaki sens ma wprowadzanie żeńskich końcówek zawodów?

Najkrótsza odpowiedź to: żaden. Ale jako, że nikt nie obiecywał krótkich i prostych odpowiedzi, zastanówmy się przez moment, komu to potrzebne, dlaczego i zakrójmy szerszą perspektywę problemu.

Najprościej jest skojarzyć ten postulat ze środowiskiem feministycznym trzeciej fali. Szybkie podsumowanie: pierwsza fala feministek walczyła o prawa wyborcze i dostęp do edukacji, druga o równe szanse w pracy zawodowej i możliwość decydowania o własnym ciele (od stroju po sferę seksu), trzecia fala feminizmu rozejrzała się i zobaczyła, że patriarchat (a przynajmniej wszystko co zwykło się wrzucać do tego wora) dyskrymnuje także ze względu na płeć, wiek, pochodzenie, orientację i masę innych. Stąd trzecia fala dzięki swoim poprzedniczkom „na sztandarach wniosła” kobiety do politechnik, a do uniwersytetów krytykę feministyczną, queer studies i gender studies (a także mniej popularne dziedziny jak lingwistykę lawendową) i zaczęła analizować co poszło nie tak. Kto chce obszerniejszą pigułkę z feminizmu, niech zajrzy do artykułu Agnieszki Anioł.

Postulat wyrównania szans przez język, można z palcem w nosie wysunąć z Wielkich Nazwisk, Wittgenstein przecież w 1921 r. pisał już, że

Granice mego języka oznaczają granice mego świata. (5.6)

Chociaż pomija się często tezę wcześniejszą, która doprecyzowuje pojęcie zasadnicze:

Język to ogół zdań. (4.001)

(oba z „Tractatus logico-philosophicus” w polskim przekładzie profesora Wolniewicza)

Mamy też klasyczną dla językoznawców hipotezę Sapira-Whorfa, którą można podsumować tym cytatem:

Human beings do not live in the objective world alone, nor alone in the world of social activity as ordinarily understood, but are very much at the mercy of the particular language which has become the medium of expression for their society. It is quite an illusion to imagine that one adjusts to reality essentially without the use of language and that language is merely an incidental means of solving specific problems of communication or reflection. The fact of the matter is that the ‚real world’ is to a large extent unconsciously built upon the language habits of the group. No two languages are ever sufficiently similar to be considered as representing the same social reality. The worlds in which different societies live are distinct worlds, not merely the same world with different labels attached… We see and hear and otherwise experience very largely as we do because the language habits of our community predispose certain choices of interpretation. (Sapir, E. (1929): ‚The Status of Linguistics as a Science’. In E. Sapir (1958): Culture, Language and Personality (red. D. G. Mandelbaum). Berkeley, CA: University of California Press, str. 69)

Oraz tym:

„[..] the nature of language is the factor that limits free plasticity and rigidifies channels of development in the more autocratic way […] [language] can change to something really new only very slowly, while many other cultural innovations are made with comparative quickness” (Whorf, B.L. (1956): Language, Thought, and Reality, str. 156).

Trudno się przez to przegryźć bez reszty kontekstu, ale postulat, być może współcześnie oczywisty, jest taki: język wpływa na nasze myślenie; a w mocnej wersji tej hipotezy: determinuje je.

Sprawdzało to masę naukowców, polecam np. prace Browna i Lenneberga sprzed ponad pół wieku, albo, dla wzrokowców krótki dokument z BBC Horizon o związku między językiem a postrzeganiem kolorów. Czy ten eksperyment potwierdza hipotezę Sapira-Whorfa. Tak, ale tylko na poziomie qualiów. Postrzeganie koloru czy kształtu nijak się ma do postrzegania sprawiedliwości czy troskliwości, znacznie bardziej skomplikowanych konceptów, których jak do tej pory, nie sprawdzano drogą eksperymentalną.

Rozumiemy natomiast, że feministom wydaje się, źe trudniej jest zaobserwować jakieś zjawsko, jeśli nie możemy uchwycić go w nazwę – w wielu religiach bóg rozkazał człowiekowi ponazywać otaczającą go rzeczywistość, lub dał mu język by to zrobić. Nie oznacza to natomiast, że zjwisko nie istnieje, bo nie ma jego nazwy. W angielskim przykładowo nie ma słowa „ściągać” (jest cheating, które oznacza zdradę i oszukiwanie w ogóle) – jednak uczniowie w krajach anglojęzycznych też próbują ściagać! W polskim, w porównaniu do np. greki mamy znaczne ubóstwo słów określających uczucie miłości – a jednak czujemy, że miłość niejedno ma imię i wiele odcieni!

Spójrzmy jednak na problem w perspektywie – żeby mieć żeńskie końcówki, trzeba rozpatrywać też rodzaj gramatyczny (a propos: osławiony gender). Rzut oka na tę listę pokazuje, że nie wszystkie języki dotknięte są tym problemem w tym samym stopniu. A te, które nie rozróżniają płci, wcale nie są językami społeczności, które mogłyby się wszystkie chełpić promowaniem równouprawnienia (koreański? języki turkijskie?). Japoński nie ma rodzaju gramatycznego, ale za to ma klasy rzeczownikowe, poziomy honoryfikatywności i rozróżnienie ożywione-nieożywione (a „rodzeństwo” zapisywane jest w nim znakami na starszego i młodszego brata). Skąd więc ten postulat..?

Z Zachodu – USA ze swoją poprawnością polityczną miało spory shift w nazewnictwie. Najpierw były nacechowane płciowo nazwy zawodów z obowiązującą w danym zawodzie większością w nazwie, np. „policeman”, „barman”, „stewardess”, „waitress” – potem dorobili się odpowiedników dla tej drugiej płci „policewoman”, „barmaid”, „steward”, „waiter”. Krokiem trzecim było wprowadzenie nazw zawodów, które były neutralne płciowo, i tak powstał „police officer” „bartender”, „flight attendant” czy „server”. Czyli znowu jesteśmy 2 kroki do tyłu!

Dlaczego w Ameryce to zadziałało? Bo pracodawcy lubią tam mieć image otwartych, tolerancyjnych i nowoczesnych, szybko zaczęli ogłaszać nabory na te pozycje, żeby być cool i fair. Wszystko zatem rozbija się o pozajęzykowe postrzeganie języka – także w Polsce. Nie byłabym sobą, gdybym nie zgłębiła tematu – pierwsza w ręce wpadła mi praca Marty Dąbrowskiej „Rodzaj gramatyczny a seksizm” (zbyt kategoryczny tytuł po przeczytaniu całości). Badała ona postrzeganie żeńskich i męskich końcówek różnych nazw zawodów na dość niereprezentatywnej grupie 56 osób, z których wszystkie miały min. 21 lat i średnie wykształcenie. Wyniki jednak nie były zaskakujące w perspektywie konserwatyzmu – znaczna większość badanych (w tym kobiet!), określa te żeńskoosobowe neologizmy jako „sztuczne„, „brzmiące śmiesznie„, „niepoważne„, „nieprofesjonalne„, „niepotrzebne” czy „mylące” (np. pilotka to czapka, żółnierka [podobnie jak wojaczka] – to bicie się lub służba wojskowa, a kierownica….).

Trzeba więc przeformułować problem: jeśli chcemy narzucić jakąś zmianę językową odgórnie, to czy nie lepiej poczekać aż wykiełkuje oddolnie (jak googlować, samojebka czy galerianka)? A jeśli jakaś grupa nie chce tej zmiany, szczególnie duży procent grupy potencjalnie najbardziej zainteresowanej, to czy trzeba tę grupę edukować, że tak naprawdę chce, czy może porozmawiać i zastanowić się czy problem nie leży gdzie indziej?

Jak sądzicie?